Rosja wykorzystuje tortury seksualne jako broń w wojnie z Ukrainą
Jak powiedziała PAP Alisa Kovalenko, świadectwa kobiet, na których skupia się film, to narzędzie walki z oprawcą. - Międzynarodowa społeczność musi zrozumieć, że Rosja systemowo wykorzystuje przemoc i tortury seksualne jako broń - zaznaczyła reżyserka. „Ślady” zostały oficjalnym kandydatem Ukrainy do Oscara.
Ukraińsko-polski dokument „Ślady” w reżyserii Alisy Kovalenko i Marysi Nikitiuk przedstawia historię Iryny Dowhań - aktywistki i szefowej organizacji SEMA Ukraine zajmującej się dokumentacją doświadczeń kobiet dotkniętych przemocą wojenną. Skoncentrowane na historiach sześciu kobiet „Ślady” stanowią studium przetrwania i odwagi wobec koszmarów wojny.
Ukraiński Komitet Oscarowy ogłosił w czwartek, że „Ślady” zostały oficjalnym kandydatem Ukrainy do Oscara w kategorii najlepszy film międzynarodowy. Dokument miał swoją polską premierę podczas 23. edycji Millenium Docs Against Gravity. Film zostanie pokazany też podczas Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych, jako jeden z siedmiu filmów sekcji Dokument w Gdyni.
Polska Agencja Prasowa: Niecały rok przed premierą „Śladów” ukazał się twój dokument „Mój drogi Théo”. Pracowałaś nad tymi filmami jednocześnie?
Alisa Kovalenko: W ciągu ostatnich czterech lat stworzyłam trzy filmy i nie było to najprostsze. Ale chcę zaznaczyć, że nie planowałam, że „Mój drogi Theo” będzie filmem. Chciałam stworzyć coś dla mojego syna na wypadek gdybym zginęła na froncie. W takich warunkach człowiek nie myśli o robieniu filmów. Dopiero kiedy udało mi się wrócić pomyślałam, że warto coś z tych materiałów zrobić. Kiedy pracowałam nad „Mój drogi Théo” zastanawiałyśmy się z dziewczynami, co możemy wspólnie zrobić w ramach naszej organizacji SEMA Ukraine i zaczęłyśmy dyskutować nad stworzeniem dokumentu, więc rzeczywiście te projekty trochę się na siebie nałożyły.
PAP: Co przesądziło o tym, że zdecydowałaś się zrealizować „Ślady”?
A.K: Na początku rosyjskiej agresji w 2014 r. sama przebywałam w niewoli i doświadczyłam przemocy seksualnej. Przemoc seksualna związana z konfliktem była w Ukrainie tematem tabu. Nikt o tym nie mówił. Sama przez pierwsze lata nie byłam w stanie znaleźć w sobie odwagi. Później zaczęłam publicznie opowiadać o moim doświadczeniu w teatrze eksperymentalnym. Po pewnym czasie odezwała się do mnie Iryna i to był początek naszego ruchu.
Dla każdej z nas ważne było utrwalenie świadectw. Kiedy rozpoczęła się pełnoskalowa inwazja na Ukrainę czułyśmy, że musimy zrobić ten film. Spotkałyśmy się z innymi członkiniami i zdecydowałyśmy, że musimy być usłyszane. Uznałyśmy, że dokument pomoże zwiększyć świadomość o tym co się dzieje, ale może też posłużyć nam jako narzędzie w walce o sprawiedliwość.
PAP: Byłaś pierwszą kobietą, która publicznie powiedziała o swoim doświadczeniu przemocy seksualnej związanej z konfliktem w Ukrainie. Czy ten dokument to również sposób na rozliczenie się z własnym przeżyciem?
A.K.: Niewola była najgorszym co mnie w życiu spotkało i na zawsze mnie odmieniła. Od tamtego czasu miałam tysiące koszmarów i miewam je do dzisiaj. Kiedy zaczęłam zbierać zeznania innych kobiet, wszystko do mnie wracało i musiałam na nowo przeżyć własną traumę. Oprócz mojej własnej historii poznałam wiele innych - to nie są rozmowy, które się zapomina. Jakoś rok od kiedy zaczęłam śledzić bohaterki dokumentu dostrzegłam u nich zmianę. Widziałam, że zaczynały czuć się dużo lepiej, a moja własna trauma również zaczęła się goić.
Poruszył mnie ich postęp i to jak daleką drogę przeszły. W filmie widzimy, jak te kobiety zaczynają walczyć o siebie, o swoje prawa i o sprawiedliwość. Nie chciałam pokazywać horrorów, które je spotkały, tylko zwrócić szczególną uwagę na ich honor i ambicje. Taka zbrodnia odbiera swoim ofiarom człowieczeństwo i poczucie kontroli nad własnym życiem. Film miał oddać im indywidualność i sprawczość.
PAP: Nagrywałyście świadectwa kobiet, ale również je spisywałyście i grupowałyście w raporty. Dlaczego potrzebowałyście tak skrupulatnej dokumentacji?
A.K.: Trzymamy ją w archiwach naszej organizacji. Wszystkie kobiety, które opowiadają swoje historie w filmie złożyły, również zeznania u prokuratora generalnego, więc to rozgrywa się również na poziomie krajowym. Zeznania umożliwią nam ubieganie się o sprawiedliwość przed Trybunałem ds. Zbrodni przeciwko Ukrainie w Hadze.
Ponad tysiąc świadectw zebraliśmy również we współpracy z pilotażową Inicjatywą Reparacji Tymczasowych wypracowaną wspólnie z Global Fund for Survivors of Violence (Globalny fundusz na rzecz osób, które przeżyły przemoc - PAP). Z ich pomocą pierwszy raz w historii udało się wdrożyć mechanizm reparacji wojennych, który działa podczas trwającego konfliktu.
Obywatele Ukrainy wzięli udział w procesie ustalania kardynalnego prawa o statusie specjalnym osób, które przetrwały przemoc seksualną związaną z konfliktem w Ukrainie. Prawo to weszło w życie dwa lata temu i dzięki niemu już teraz ocalali otrzymują reparacje. Oczywiście Rosja ich nie wypłaca, ale udaje się to robić z pomocą Francji i Belgii.
Zapoczątkowaliśmy zupełnie nową praktykę i możemy dzielić się wiedzą z innymi krajami, które mają podobne doświadczenia, m.in. Syria chce zaimplementować ten projekt. Wiele osób doświadczyło tam przemocy seksualnej i tortur seksualnych w niewoli reżimu Asada.
PAP: Jak odnajdywałyście kobiety, które składały swoje świadectwa?
Iryna Dowhań: Po miesiącu pełnoskalowej inwazji wyzwolono obwód kijowski. Pojechałam wtedy do tamtejszych wiosek, które zostały niemal w całości spalone i zniszczone. Kiedy jeszcze usłyszałam od mieszkańców, że podczas okupacji gwałcono ich sąsiadki, to pierwszym, czysto ludzkim odruchem, który się we mnie odezwał była po prostu chęć pomocy.
Wtedy zaczęłam działać i dzwonić do wpływowych organizacji międzynarodowych. Opowiadałam jakiego koszmaru dopuściła się rosyjska armia. Naszym zadaniem było założenie ocalałym kobietom międzynarodowych kont w banku, żeby mogły otrzymać zapomogę finansową od Global Fund for Survivors of Violence. Mogły przeznaczyć te środki na leczenie, ale też np. na telefony - prawie zawsze podczas gwałtów były okradane. Każde urządzenie do komunikacji ułatwiało nam pracę z ocalałymi, bo same nie wiedziałyśmy jak z poziomu naszej małej organizacji pracować z tak liczną grupą.
Kiedy po 11 miesiącach wyzwolono obwód chersoński, dokładnie wiedziałyśmy, co nas czeka. Alisa wróciła z frontu i pojechałyśmy na potwornie zniszczoną Chersońszczyznę. Wiedziałyśmy wtedy już trochę lepiej, jak nawiązywać kontakty. Nie szukałyśmy konkretnych kobiet, bo one nie były gotowe rozmawiać. Kiedy w obwodzie kijowskim próbowałam pukać do drzwi zgwałconych kobiet spotykałam się z oporem i odmową, dlatego zdecydowałyśmy się na inny mechanizm. Kontaktowałyśmy się z przewodniczącymi rad miejskich, wiejskimi nauczycielkami i dyrektorkami - o ile przeżyły. Za ich pośrednictwem tłumaczyłyśmy członkom lokalnej społeczności, co mogą zrobić i jak możemy im pomóc. Ten sposób działał o wiele lepiej.
PAP: „Ślady” otwiera zdjęcie z New York Timesa z 2014 r. przedstawiające Ukrainkę w Doniecku zmuszoną przez prorosyjskich działaczy do trzymania kartki z napisem „Ona zabija nasze dzieci” - kara za podejrzenie szpiegostwa i wsparcia ukraińskiej armii. Tą kobietą była Iryna. Zdjęcie obiegło internet i w konsekwencji przyczyniło się do jej ocalenia. Czy myślisz, że „Ślady” mogą wywołać podobny efekt?
A.K.: Zwykłe wiadomości działają na innym poziomie, są niemal wyłącznie informacyjne. Dowiadujemy się czegoś i po jakimś czasie zapominamy. Nie pozwalają odbiorcy poczuć prawdziwej więzi z ludźmi, o których czytają lub słyszą. Mam poczucie, że wojna w Ukrainie stała się białym szumem, do którego wszyscy przywykli. Musimy wychodzić z tej informacyjnej strefy komfortu. Fundamentalną częścią naszego filmu są świadectwa kobiet. Musimy pokazywać ludzkie historie, które pozwalają zbudować emocjonalną więź, dużo trwalszą niż to, czego doświadczamy po usłyszeniu newsa. Te świadectwa otwierają ludzkie serca, dlatego tak ważne jest relacjonowanie wojny na różnych poziomach.
PAP: Jakie są kolejne plany waszej organizacji?
I.D.: Chcemy odnajdywać i wspierać wszystkich, którzy musieli przetrwać to samo co my. Nie wiemy jak bardzo film wzmocni naszą organizację i kampanię. Mamy różne ścieżki. Oczywiście jest ścieżka międzynarodowa, bo nadal musimy rozmawiać z dyplomatami o wdrażaniu kolejnych decyzji w sprawie Rosji - na przykład o mrożeniu ich aktywów, które można wykorzystać na rzecz ocalałych. Planujemy pokazy filmowe w ambasadach, gdzie zaprosimy różnych urzędników - udało nam się takie zorganizować już w Kanadzie i w Holandii.
A.K.: Mamy też ścieżkę edukacyjną. Współpracujemy m.in. z organizacjami zrzeszającymi kobiety w zawodach prawniczych. Udało nam się przygotować specjalny kurs, który wprowadzamy na wydziały prawa dużych uniwersytetów. Przygotowują one studentów i studentki do pracy w obszarze przemocy seksualnej związanej z konfliktem. Mogą lepiej poznać specyfikę postępowania i dochodzenia w tych zbrodniach. Wspólnie zdecydowałyśmy, że w ramach tej współpracy nasz film będzie pokazywany na kursie. Chcemy, aby przyszli adwokaci, oskarżyciele i sędziowie wiedzieli o tych sprawach więcej już na starcie, więc ten kurs to dla nas duże osiągnięcie. Cały czas pracujemy nad tym, żeby postępowanie miało na uwadze dobrobyt ocalałych. Obecnie w centrum takiego procesu znajduje się oskarżyciel, a my chcemy, żeby w centrum znalazły się osoby, które przetrwały te zbrodnie, żeby nie czuły wstydu zeznając o tym, co im się przytrafiło i czuły się usatysfakcjonowane całym procesem.
Oczywiście dalej będziemy jeździły na tereny wyzwolone z okupacji. Planujemy pokazy we wioskach i byłych okupowanych terytoriach. Będziemy rozmawiać z mieszkańcami o traumie i uświadamiać ich jak ważne są ich świadectwa. Bez nich nie będzie sprawiedliwości. Ich głosy to broń przeciwko oprawcom. Międzynarodowa społeczność musi zrozumieć, że Rosja systemowo wykorzystuje przemoc i tortury seksualne jako broń.
Nie wiem, czy chcemy wprowadzać ten film do regularnej dystrybucji kinowej. Obawiamy się, że niektórych mógłby przestraszyć i zniechęcić. Boje się, że to może być stygmatyzujące dla tych kobiet. Opowiedziały o czymś dla nich niezwykle trudnym, a może okazać się, że ludzie nie chcą ich wysłuchać, bo to zbyt drastyczne.
Rozmawiała Maria Kuliś
Alisa Kovalenko to ukraińska reżyserka filmów dokumentalnych mieszkająca w Kijowie. Studiowała na Narodowym Uniwersytecie Filmowym w Kijowie oraz w Szkole Filmowej im. Wajdy w Warszawie. Po inwazji Rosji na Ukrainę zaciągnęła się jako ochotniczka do walki na froncie. Przed tym wyreżyserowała m.in. „Alisa w krainie wojny” (2015), „Gry domowe” (2018) oraz „Nie znikniemy” (2023). W 2025 r. powróciła do tworzenia filmów osobistym dokumentem „Mój drogi Théo” (2025). Osobiste doświadczenia oraz zaangażowanie w walkę o prawa człowieka skłoniły ją do pracy nad filmem „Ślady”.
Iryna Dowhań to ukraińska wolontariuszka i założycielka organizacji SEMA Ukraina, zajmującej się opieką nad kobietami dotkniętymi przemocą seksualną. W 2014 r. była torturowana przez prorosyjskich separatystów. Zdjęcie przedstawiające Dowhań bitą przez kobietę w centrum Doniecka, obiegło świat i stało się symbolem tortur, jakich dopuszczali się prorosyjscy separatyści wobec Ukraińców.
Więcej informacji o działaniach Alisy Kovalenko i Iryny Dowhań oraz organizacji SEMA Ukraine (Ukraińskiej Sieci Kobiet Dotkniętych Przemocą Seksualną) można znaleźć na stronie semaukraine.org.ua
Źródło: Republika/PAP
Dziękujemy, że przeczytałaś/eś nasz artykuł do końca.
Bądź na bieżąco! Obserwuj nas w Wiadomościach Google.
Jesteśmy na Youtube: Bądź z nami na Youtube
Jesteśmy na Facebooku: Bądź z nami na FB
Jesteśmy na platformie X: Bądź z nami na X