Sąsiadów się nie wybiera, przyjaciół owszem
Donald Tusk orzekł, że z triumfu AfD w Niemczech mogą się w Polsce cieszyć „tylko idioci albo zdrajcy". Nikt rozsądny się nie cieszy, warto jednak zapytać, czy partia, która nie udaje naszego przyjaciela, jest dla Polski groźniejsza od tych, które udają przyjaźń od trzydziestu lat. Przyjaciół nad Sprewą mieliśmy przecież bez liku. Rurę też.
Wrześniowa rocznica
Ósmego września 2005 roku w Berlinie podpisano umowę o budowie Gazociągu Północnego. Kontrakt sygnowały spółki, ale za ich plecami stali Władimir Putin i Gerhard Schröder. Dziesięć dni później kanclerz przegrał wybory, a w grudniu ogłoszono, że stanie na czele rady udziałowców spółki budującej tę rurę. Rząd, który projekt firmował politycznie, tworzyły SPD i Zieloni.
Dwadzieścia jeden lat później, 6 września 2026 roku, Saksonia-Anhalt oddała AfD 43,8 procent głosów i 39 z 83 mandatów; to wynik wstępny, ostateczny komisja zatwierdzi 22 września. CDU spadła do 17,2 procent, najgorszego rezultatu w tym landzie od jego odtworzenia w 1990 roku. Alice Weidel nazwała to „wyraźnym mandatem do rządzenia", choć do większości brakuje trzech krzeseł. Katastrofa czy nadzieja? Ani jedno, ani drugie — to koniec pewnego złudzenia.
Antypolskie są wszystkie
Rafał Ziemkiewicz powtarza od lat diagnozę, którą wielu uważa za przesadzoną: wszystkie niemieckie partie są antypolskie. Jako obserwacja o zachowaniach ta teza broni się zaskakująco dobrze, bo w sprawie, która Niemcy realnie kosztuje, nie znalazła się dotąd partia gotowa stanąć po naszej stronie.
Zacznijmy od reparacji, bo to jedyna sprawa, w której niemiecka polityka nie ma absolutnie żadnych podziałów. Dwudziestego trzeciego sierpnia 2024 roku rząd federalny odpowiadał na interpelację złożoną przez frakcję AfD i napisał krótko: kwestia reparacji jest „zamknięta", bo Polska zrzekła się ich w 1953 roku. Pytała skrajna prawica, odpowiadał gabinet socjaldemokratów, Zielonych i liberałów, a odpowiedź wyszła jedna. Sama frakcja AfD ma zresztą stanowisko zatytułowane bez ogródek: „Nie dla jakichkolwiek roszczeń reparacyjnych z Polski".
Reszta to już tylko kwestia manier (lub ich całkowitego braku). Radny AfD z drezdeńskiego Plauen, Fabian Küble, proponował nam w sierpniu paczkę chusteczek zamiast odszkodowań i nazywał Polaków „Afroamerykanami Europy". Obrzydliwe. Tyle że kanclerz Friedrich Merz (CDU) powiedział 7 maja 2025 roku w Warszawie merytorycznie to samo, tylko bardziej dyplomatycznie: kwestie prawne „są zakończone". Annalena Baerbock (Zieloni) odprawiła Warszawę wcześniej z tym samym uzasadnieniem w imieniu rządu koalicyjnego z SPD i FDP.
Z praworządnością jest podobnie, choć nie identycznie. Katarina Barley z SPD mówiła w październiku 2020 roku o europejskich podatkach płynących do „reżimów takich jak Orbána i Kaczyńskiego"; głośne zdanie o „zagłodzeniu" dotyczyło Orbána, a Deutschlandfunk za rozciągnięcie go w tytule na Polskę nazajutrz przeprosił. Manfred Weber z CSU pchał mechanizm warunkowości, procedurę z artykułu siódmego uruchomiła wobec Polski Komisja Europejska 20 grudnia 2017 roku, a Zieloni dbali, by nie zamknięto jej przez sześć i pół roku. Tu akurat AfD wyłamuje się z chóru — ale nie z sympatii do nas, tylko dlatego, że sama jest spoza mainstreamu i sama podlega z jego strony szykanom.
Gazoprzyjaźń ponad podziałami
Zostaje test rosyjski, czyli to, co Polaków denerwuje bardziej od reparacji. Nord Stream 1 powstał za rządu SPD i Zielonych. Nord Stream 2 dokończono za Angeli Merkel, przy współrządzącej SPD, wbrew Warszawie i Waszyngtonowi.
Przez dwie dekady dominujący nurt niemieckiej polityki uznawał energetyczne wiązanie się z Rosją za rację stanu i nazywał to „Wandel durch Handel". Konsensus nie był zupełny, bo Zieloni i część FDP drugą nitkę zwalczali, a Annalena Baerbock robiła to głośno jeszcze przed wojną. Rzecz w tym, że walka z rurą nie przynosiła im popularności w niemieckim społeczeństwie, wiec nie oni rządzili, gdy zapadały kluczowe decyzje.
Mainstream po 2022 roku oficjalnie zmienił nie tylko język, ale i politykę: sankcje, odcięcie od rosyjskiego gazu, pomoc Ukrainie. AfD nie zmieniła nic i żąda zniesienia sankcji oraz reaktywacji Nord Stream 2, za co jest przez niemiecki mainstream potępiana.
Wydaje się jednak, że AfD mówi po prostu głośno to, co wszyscy myślą. W tym samym czasie przecież niemiecki wymiar sprawiedliwości robi swoje i ściga sprawców uszkodzenia gazociągu. 17 października 2025 roku Sąd Okręgowy w Warszawie odmówił wydania Niemcom Wołodymyra Żurawlowa; sędzia Dariusz Łubowski nie przesądzał winy, lecz uznał, że gdyby działał na zlecenie napadniętego państwa, chroni go immunitet funkcjonalny. Włochy nie miały takich oporów i wydały Niemcom Serhija K., a jego proces w Hamburgu rusza 14 października. To w ramach odpowiedzi na pytanie, jak poważna i trwała jest zmiana kursu Berlina w sprawie Nord Stream i Rosji po 2022 roku.
Kto nie udaje przyjaciela
Skoro żadna z nich nie jest po naszej stronie, pozostaje pytanie praktyczne: z kim łatwiej się rozmawia? Z partnerem, który mówi wprost, czego chce, czy z takim, który pod hasłem europejskiej solidarności robi dokładnie odwrotnie? Kontrole na tej granicy Niemcy prowadzą od 2023 roku, ale to rząd Merza od 7 maja 2025 roku rozciągnął zawracanie także na część osób deklarujących zamiar ubiegania się o azyl; do początku lipca „zawrócono" tam około 1300 osób. Polska, pod wpływem licznych społecznych protestów m.in. Ruchu Obrony Granic, odpowiedziała własnymi kontrolami, wprowadzonymi 7 lipca — a ten sam kanclerz oświadczył potem, że „cieszy się" z polskich kontroli. Trudno o lepszą ilustrację, jak wygląda przyjaźń w wykonaniu CDU.
W dwóch sprawach interesy mogłyby się przeciąć. Pierwsza to migracja: partia zwalczająca unijny pakt nie będzie go Polsce narzucać — to jednak prognoza, nie gwarancja. Druga jest prostsza: AfD nie ma czym pouczać nas o praworządności, skoro jej związek krajowy w Saksonii-Anhalt tamtejsza Ochrona Konstytucji uznaje za potwierdzoną organizację prawicowo-ekstremistyczną (klasyfikację wobec całej partii federalnej sąd w Kolonii zablokował w lutym 2026 roku). To żaden sojusz, to tylko jedno narzędzie nacisku mniej w niemieckiej ręce.
Ostrożnie jednak z entuzjazmem. AfD wygrała na razie wybory do landtagu jednego kraju związkowego i nie będzie kreować polityki zagranicznej. Nie wiadomo nawet, czy będzie w stanie stworzyć regionalny rząd. A regularne wybory do Bundestagu odbędą się dopiero w 2029 roku. Rosnąca popularność AfD będzie raczej cementować rządzącą RFN koalicję niż skłaniać do ryzykownych przedterminowych wyborów.
Tylko idioci albo zdrajcy
Wpis premiera z niedzielnego wieczoru miał być ostrzeżeniem, a był autoportretem. „W Polsce tylko idioci albo zdrajcy mogą się cieszyć z tryumfu AfD w Niemczech" — napisał Donald Tusk, dorzucając, że „trochę się ich nazbierało" w PiS i Konfederacji. Zauważmy mechanizm: wynik niemieckich wyborów posłużył do wskazania wroga wewnętrznego. O tym, co oznacza dla polskiej granicy, dla reparacji i dla Nord Streamu, premier nie napisał ani słowa.
Warto przypomnieć, jak premier witał zwycięzców poprzednich niemieckich wyborów. Dwudziestego czwartego lutego 2025 roku pisał do lidera CDU: „Pokonanie populistów w wyborach nie jest dziś łatwym zadaniem. Wiem coś na ten temat. Moje najszczersze gratulacje, drogi Friedrichu Merz". 7 maja ogłaszał w Warszawie „nowe otwarcie, być może najważniejsze w historii ostatnich kilkunastu lat, w relacjach polsko-niemieckich", a Merz na tej samej konferencji uciął sprawę reparacji jednym zdaniem. Dwa miesiące później to „nowe otwarcie" trzeba było domykać kontrolami na granicy.
Problemem Polski nigdy nie było to, że któraś niemiecka partia jest nam niechętna. Problemem było to, że przez trzydzieści lat wierzyliśmy, iż któraś nie jest.
Sąsiadów się nie wybiera, przyjaciół owszem. Z Niemcami możemy i powinniśmy utrzymywać stosunki poprawne — właśnie poprawne, nie przyjazne — obliczone na interes, a nie na sentyment; na nic więcej liczyć nie należy i nie ma w tym tragedii. Tragedią jest co innego: że Berlin hipnotyzuje polskich polityków, a niektórych zwyczajnie uwodzi i kupuje. Filarem odstraszania, którego w Europie nikt nie zastąpi, pozostają Stany Zjednoczone, nasz jedyny prawdziwy sojusznik. A świat jest większy niż Unia — pełno w nim państw, które nigdy nie próbowały nas zniszczyć ani podporządkować, nie są nam winne miliardów euro reparacji, a łączy je z nami zdrowy rozsądek, chęć rozwoju i przywiązanie do tradycyjnych wartości. To dużo lepsza podstawa do przyjaźni i współpracy niż pozorowana dobrosąsiedzka relacja.
Realizm nie polega więc ani na uległości wobec Berlina, ani na urządzaniu z nim awantury dla samej awantury. Polega na tym, żeby przestać ustawiać całą polską politykę wokół Niemiec — czy to w roli ucznia, czy antagonisty. Róbmy swoje i nie czekajmy na miłość znad Sprewy, bo ona nigdy nie przyjdzie.
Miłosz Manasterski
Źródło: Republika
Dziękujemy, że przeczytałaś/eś nasz artykuł do końca.
Bądź na bieżąco! Obserwuj nas w Wiadomościach Google.
Jesteśmy na Youtube: Bądź z nami na Youtube
Jesteśmy na Facebooku: Bądź z nami na FB
Jesteśmy na platformie X: Bądź z nami na X