O czym marzy Robert Biedroń? „Jest pokusa, żeby go potorturować trochę"
Robert Biedroń, europoseł, który w Brukseli przewodniczył Komisji Praw Kobiet i Równouprawnienia, zapewnił, że aresztowanego prezesa PKOl „oczywiście nie torturujemy". Pół zdania później dodał, że oczywiście jest pokusa, żeby go trochę potorturować, żeby sypał.
Czterdzieści dziewięć rodzajów pokusy
24 lutego 1955 roku Kazimierz Moczarski wysłał do Naczelnej Prokuratury Wojska Polskiego pismo, w którym wyliczył czterdzieści dziewięć rodzajów tortur zastosowanych wobec niego w śledztwie. Bicie pałką gumową po całym ciele. Przypalanie papierosem. Niepozwalanie spać przez siedem do dziewięciu dób. Przesłuchiwano go od 30 listopada 1948 do 22 września 1952 roku, w więzieniu przy ulicy Rakowieckiej 37 w Warszawie. Był szefem Biura Informacji i Propagandy Komendy Głównej AK. Dostał wyrok śmierci, zamieniony potem na dożywocie, i wyszedł na wolność dopiero w 1956 roku.
Siedemdziesiąt jeden lat później polski europoseł opowiada w porannej rozmowie o aresztowanym prezesie Polskiego Komitetu Olimpijskiego Radosławie Piesiewiczu. Zaczyna od zastrzeżenia. – Oczywiście, że my go nie torturujemy, że go nie przypalamy żadnymi narzędziami – mówi Robert Biedroń w materiale opublikowanym 7 września 2026 roku, powołując się na demokrację i na granice prawa. I z tego samego zastrzeżenia wyprowadza puentę. – Oczywiście, że jest pokusa, żeby mu czymś przypiec tam, żeby go dopalić czymś, potorturować trochę, żeby sypał kolegów i koleżanki. Ale są inne sposoby. I będzie sypał.
Ktoś mógłby powiedzieć: przecież Biedroń tortur nie poparł, odrzucił je, i to na początku. Otóż właśnie z tym pierwszeństwem jest największy kłopot. W żadnej z relacji z tej rozmowy nie ma pytania o tortury. Europosła pytano o sprawę aresztowanego prezesa. Nikt nie wypiera się rzeczy, o które nie został oskarżony. Zaprzeczenie postawione przed pytaniem jest najstarszym sygnałem, jaki zna retoryka: temat był w głowie, zanim padł na antenie. Freud nazwałby to negacją i dopisałby, że wyparcie zdradza zwykle dokładnie to, co miało ukryć. Nie trzeba jednak psychoanalizy. Wystarczy zauważyć, że po zastrzeżeniu nie przyszła kropka, tylko ciąg dalszy, z przypalaniem, dopalaniem i sypaniem kolegów i koleżanek. To uruchomiła się wyobraźnia Roberta Biedronia. Nieproszona.
Zwieńczenie dwudziestoletniej walki
25 stycznia 2022 roku Robert Biedroń został przewodniczącym Komisji Praw Kobiet i Równouprawnienia Parlamentu Europejskiego, jako pierwszy Polak na tym stanowisku. – Ogromny zaszczyt i odpowiedzialność. Jest to zwieńczenie mojej dwudziestoletniej walki o prawa kobiet i równouprawnienie – napisał wtedy. Współzałożyciel Kampanii Przeciw Homofobii zbudował całą swoją pozycję na jednym twierdzeniu: że godność człowieka nie zależy od tego, kim ten człowiek jest.
Otóż zależy albo nie zależy. Zakaz tortur z artykułu 40 Konstytucji nie ma wyjątku dla nielubianych polityków i dla prezesów federacji sportowych. Artykuł 3 Europejskiej Konwencji Praw Człowieka, która wiąże Polskę od 1993 roku, jest jednym z nielicznych przepisów, których nie wolno zawiesić nawet podczas wojny. To przepis o tym, czego państwo nie może zrobić człowiekowi trzymanemu w celi. Czy obowiązuje on lewicę tylko wtedy, gdy zatrzymanemu akurat współczujemy?
Wszystkim, co było pod ręką
W 2016 roku, jako urzędujący prezydent Słupska, Biedroń wydał z Magdaleną Łyczko książkę „Pod prąd", w której opisał dom swojego dzieciństwa. Zapytany, czy ojciec go bił, odpowiedział: „Często. I wszystkim, co było pod ręką. A najgorsze było to, że nie potrafiłem wyczuć, w którym momencie ojciec jest w nastroju, by mi przyłożyć". To opis przemocy napisany przez człowieka, który wie, o czym mówi.
W kwietniu 2019 roku „Super Express" przypomniał sprawę sprzed prawie dwudziestu lat: po zawiadomieniu matki prokuratura skierowała przeciwko Biedroniowi akt oskarżenia z artykułu 207 i artykułu 157 paragraf 2 kodeksu karnego, a po pojednaniu matki i syna sąd warunkowo umorzył postępowanie. Nie był to wyrok skazujący. Akta później zaginęły — ich brak wyszedł na jaw w czerwcu 2013 roku, gdy poprosił o nie dziennikarz — a prezes sądu uznał, że nie ma przesłanek do wszczęcia procedury odtworzeniowej. W 2019 roku Robert i Helena Biedroniowie oświadczyli wspólnie, że „nigdy nie doszło do żadnych aktów przemocy" między nimi. Ale człowiek, który sam przeszedł przez publiczne oskarżenie, powinien być ostatnim, który w mediach fantazjuje o przypalaniu aresztowanego.
Nie przypalali, ale…
26 marca 2024 roku zatrzymano księdza Michała Olszewskiego, a dwa dni później sąd zastosował areszt wobec niego oraz dwóch urzędniczek Ministerstwa Sprawiedliwości, Urszuli Dubejko i Karoliny Kucharskiej. W grudniu tego samego roku Rzecznik Praw Obywatelskich Marcin Wiącek ogłosił wyniki badania tej sprawy.
Tortur rzecznik nie stwierdził i powiedział to wprost, bo słowo to ma definicję prawnomiędzynarodową, której w jego opinii tamte zdarzenia nie wypełniły. Wobec księdza stwierdził natomiast niehumanitarne traktowanie: piętnastogodzinne przesłuchanie w kajdankach, bez odpoczynku i posiłku, oraz nadmierne stosowanie kajdanek zespolonych przy konwojowaniu. Wobec obu urzędniczek wskazał liczne naruszenia praw, w tym osiemnaście godzin czynności z Karoliną Kucharską bez pełnowartościowego posiłku i przeszukania prowadzone przez mężczyzn wbrew przepisom. Wskazał też lukę: pierwsze godziny po zatrzymaniu są w Polsce uregulowane najsłabiej.
To nie jest sprawa jednego zakonnika i dwóch pań z ministerstwa. To sprawa każdego, kogo państwo kiedykolwiek zatrzyma. Na tym tle zdanie o pokusie przypalenia przestaje być figurą retoryczną.
Areszt wydobywczy nie boli od razu
Radosław Piesiewicz został zatrzymany 27 sierpnia 2026 roku przed własnym domem, około wpół do dziesiątej rano, gdy z niego wychodził; funkcjonariusze czekali na niego w samochodzie. Nie ukrywał się przed nikim. Sąd w Katowicach zastosował wobec niego areszt na trzy miesiące. Prokuratura zarzuca mu płatną protekcję i zaspokojenie części wierzycieli giełdy Zondacrypto z pokrzywdzeniem pozostałych, on zarzutom zaprzecza, a jego obrońcy złożyli zażalenie na areszt. Kto ma rację, rozstrzygnie sąd. Do prawomocnego wyroku prezes PKOl jest niewinny, i to nie jest kurtuazja, tylko artykuł 42 Konstytucji.
W 2025 roku sądy zastosowały tymczasowy areszt na etapie śledztwa wobec 17 933 osób, uwzględniając dziewięćdziesiąt procent prokuratorskich wniosków, dokładnie tak samo jak rok wcześniej. Sto sześćdziesiąt dwie osoby czekały w celi na skierowanie sprawy do sądu od roku do dwóch lat, dwadzieścia trzy dłużej niż dwa lata, a pięćset dwadzieścia trzy siedziały ponad dwa lata już w toku procesu. Europejski Trybunał Praw Człowieka uznał przewlekłość polskich aresztów za problem systemowy w wyroku Kauczor przeciwko Polsce z 3 lutego 2009 roku, a Helsińska Fundacja Praw Człowieka pokazała w raporcie z 19 września 2023 roku, że aresztów trwających ponad dwa lata w samym postępowaniu przygotowawczym przybyło z dwóch w 2014 roku do pięćdziesięciu jeden w 2022.
Czy dla człowieka nigdy niekaranego rok w celi bez wyroku, po którym podpisze wszystko, żeby wrócić do dzieci, jest czymś innym niż tortura? Nie bez powodu polszczyzna dorobiła się terminu „areszt wydobywczy" i wszyscy doskonale wiedzą, co się z takiego aresztu wydobywa.
Rakowiecka nie była żartem
Nie można stawiać znaku równości między porannym wywiadem a Rakowiecką. Ale funkcjonariusze, którzy stosowali wobec Moczarskiego czterdzieści dziewięć metod, nie byli sadystami znikąd. Byli aparatem formacji, która codziennie mówiła o postępie i lepszym świecie, a przemoc traktowała jako narzędzie robocze, dopuszczalne wtedy, gdy po drugiej stronie stołu siedział wróg polityczny. Adam Humer, od lipca 1947 roku wicedyrektor Departamentu Śledczego MBP, usłyszał wyrok dopiero w wolnej Polsce: dziewięć lat w pierwszej instancji, siedem i pół po apelacji.
Polska lewica przeszła po 1989 roku wiele zmian. Trudno jednak wskazać moment, w którym powiedziała wprost, że przemoc wobec przeciwnika politycznego jest wykluczona zawsze, bez względu na to, jak bardzo ten przeciwnik jest irytujący. Dlatego prawa człowieka wydają się na lewicy czymś w rodzaju abonamentu, który przysługuje swoim, a wobec obcych ulega zawieszeniu na czas śledztwa.
Przepis zamiast pokusy
1 marca 2017 roku ostatni osadzony opuścił areszt przy Rakowieckiej 37. Dziś jest tam Muzeum Żołnierzy Wyklętych i Więźniów Politycznych PRL. Może Robert Biedroń powinien odwiedzić miejsce, gdzie komunistyczni oprawcy zamordowali rotmistrza Witolda Pileckiego, generała Augusta Emila Fieldorfa „Nila" i majora Zygmunta Szendzielarza „Łupaszkę". Państwo polskie uznało tamte metody za zbrodnię.
Ale nie potrafiło zmienić prawa. W polskim kodeksie karnym wciąż nie ma odrębnego typu przestępstwa tortur, odpowiadającego definicji z konwencji ONZ. Rzecznik Praw Obywatelskich wystąpił w tej sprawie do Ministerstwa Sprawiedliwości 20 czerwca 2024 roku. Odpowiedź wiceministra Arkadiusza Myrchy z 28 sierpnia była zgodna: resort uznaje penalizację tortur za wymagającą „odrębnego uregulowania w Kodeksie karnym". Zgadza się też Komisja Kodyfikacyjna Prawa Karnego. Zgadzają się w zasadzie wszyscy, a odrębnego projektu ustawy nikt do Sejmu do dziś nie skierował.
Europoseł Biedroń inicjatywy ustawodawczej w polskim parlamencie nie ma. Ma za to partię w koalicji rządzącej, klub w Sejmie i te dwadzieścia lat walki, o których pisał w styczniu 2022 roku. Tyle wystarczy, żeby ten jeden artykuł wreszcie w kodeksie stanął, i byłaby to odpowiedź trwalsza niż przeprosiny.
O tym, o czym marzy europoseł, wiemy od poniedziałku. Tym gorzej dla państwa, które siedemdziesiąt lat po piśmie Moczarskiego wciąż nie zapisało w kodeksie, że tortur nie wolno stosować.
Miłosz Manasterski
Źródło: Republika
Dziękujemy, że przeczytałaś/eś nasz artykuł do końca.
Bądź na bieżąco! Obserwuj nas w Wiadomościach Google.
Jesteśmy na Youtube: Bądź z nami na Youtube
Jesteśmy na Facebooku: Bądź z nami na FB
Jesteśmy na platformie X: Bądź z nami na X
Najnowsze
Słuch dzieci, operacje pokazowe i nowe technologie. W Kajetanach rusza UCHO 2026
Tego nie było nawet za komuny. Reżim Tuska uniemożliwia dokończenie wyborów Senatu uczelni
Collegium Intermarium zostało ostatecznie zniszczone przez ekipę Tuska