[Felieton Miłosza Manasterskiego] Rok po wizycie Nawrockiego na Podkarpaciu nadal zamykają porodówki
Rok temu, 8 sierpnia, dwa dni po zaprzysiężeniu, prezydent Karol Nawrocki stanął na rynku w Kolbuszowej. Złożył wieniec pod Pomnikiem Żołnierzy i Bohaterów, a potem podpisał drugą w swojej kadencji inicjatywę ustawodawczą — projekt „PIT Zero. Rodzina na plus”, przewidujący zwolnienie z podatku dochodowego dla rodziców wychowujących co najmniej dwoje dzieci.
Prezydent mówił wtedy: „Dziękuję Wam — Moi Drodzy, Kochani — za Wasze zaangażowanie”.
Miał za co dziękować. W pierwszej turze dostał w powiecie kolbuszowskim 14 658 głosów, czyli 49,71 proc. W drugiej — 80,59 proc., przy frekwencji sięgającej 66,49 proc. Wygrał we wszystkich sześciu gminach, w pięciu z nich przekraczając 84 proc.
Z tej wdzięczności złożył na rynku zobowiązanie: „Stoję przed państwem po to, już jako prezydent Polski, aby dotrzymać słowa. Ten projekt ustawy, który przed momentem podpisałem, to nic więcej, jak wywiązywanie się przeze mnie ze swoich obietnic wyborczych i mojego kontraktu z wami”. Na koniec padło zdanie, które miał usłyszeć cały kraj: „Polskie rodziny zawsze będą mogły liczyć na swojego prezydenta”.
Trzy dni później projekt trafił do Sejmu jako druk numer 1898. 4 listopada 2025 roku został skierowany do pierwszego czytania na posiedzeniu Sejmu.
Do dziś pierwsze czytanie się nie odbyło. Projekt nie przeszedł więc nawet pierwszego etapu parlamentarnej debaty.
Miasto, w którym nie można urodzić dziecka
Żeby zrozumieć, o jaką stawkę toczy się ten spór, wystarczy poszukać w Kolbuszowej porodówki.
Nie ma jej.
Mieszkanki powiatu korzystały więc między innymi z porodówki w Nowej Dębie, oddalonej od Kolbuszowej o niewiele ponad 20 kilometrów. Ale tamtejszy oddział przestał działać 31 maja 2026 roku. Władze powiatu tarnobrzeskiego zdecydowały o jego likwidacji z powodu narastających strat finansowych i malejącej liczby porodów. Teraz rodzące muszą korzystać między innymi ze szpitali w Mielcu, Tarnobrzegu czy Rzeszowie.
Jeszcze gorzej jest w nieodległych Bieszczadach. 1 lipca 2025 roku zawieszono działalność oddziału położniczego w Lesku — ostatniej porodówki w tym rejonie. Przeciwko zamknięciu oddziału protestowali mieszkańcy i samorządowcy. W kolejnych akcjach zbierano tysiące podpisów, a sprawa dotarła aż przed Ministerstwo Zdrowia. Padały zapewnienia o pomocy.
Oddział i tak zlikwidowano.
Kobiety z Bieszczadów muszą dziś jechać do porodówek między innymi w Brzozowie, Krośnie czy Przemyślu. Dla części z nich oznacza to ponad godzinę drogi, w trudnych warunkach jeszcze więcej.
To nie jest podkarpacka osobliwość. W 2010 roku w Polsce działało ponad 400 oddziałów położniczych. Dziś realnie porody przyjmuje około 270 placówek.
Konserwatyzm nie wystarcza
Wybór Kolbuszowej na scenę dla ustawy prorodzinnej nie był przypadkowy. To jeden z tych regionów, które najmocniej poparły Nawrockiego. Ale polityczna lojalność, tradycyjny obyczaj i deklarowane przywiązanie do rodziny nie chronią przed kryzysem demograficznym.
Powiat kolbuszowski, podobnie jak zdecydowana większość Polski, ma dziś dzietność znacznie poniżej poziomu zastępowalności pokoleń.
Jeszcze ciekawsze jest porównanie dwóch innych regionów.
Powiat kartuski należy do obszarów o najwyższej dzietności w Polsce. Powiat bieszczadzki — do tych o najniższej. Oba są w znacznej mierze wiejskie, oba zachowały silną lokalną tożsamość i oba w wyborach prezydenckich opowiedziały się za Nawrockim.
W drugiej turze otrzymał on 53,90 proc. głosów w powiecie kartuskim i 62,04 proc. w bieszczadzkim.
Różnica nie daje się więc łatwo sprowadzić do obyczaju czy deklarowanych wartości.
Kaszuby są gospodarczo i komunikacyjnie związane z Trójmiastem. Bieszczady pozostają regionem peryferyjnym, z mniejszym rynkiem pracy i gorszym dostępem do wielu usług.
Ekonomia i dostępność usług nie wyjaśniają jednak wszystkiego. Kryzys dzietności ma także wymiar kulturowy.
Doradczyni prezydenta patrzy na Izrael
2 grudnia 2025 roku prezydent powołał Radę Rodziny i Demografii, na której czele stanęła Barbara Socha, wcześniej wiceminister rodziny i pełnomocnik rządu do spraw polityki demograficznej.
Socha, pytana o kraje, którym udało się wyrwać z demograficznej zapaści, wskazuje Izrael. „Izrael jest na pewno wyjątkiem. Ma dzietność znacznie wyższą niż zastępowalność pokoleń i jest to zjawisko w pewnym sensie unikatowe”.
Rzeczywiście Izrael pozostaje jedynym krajem OECD z dzietnością wyraźnie powyżej poziomu zastępowalności pokoleń — około trojga dzieci na kobietę.
Socha zwraca jednak uwagę nie tylko na politykę państwa, ale przede wszystkim na kulturę. „Prestiżem jest praca w korporacjach. Przysłowiowe «siedzenie w domu» absolutnie prestiżowe nie jest. Jest to kwestia kulturowa obecna w naszej cywilizacji i dlatego mamy do czynienia z tym, z czym mamy”.
Podobnie, choć znacznie ostrzejszym językiem, mówił we wrześniu 2025 roku biskup świdnicki Marek Mendyk. W homilii przed Marszem dla Życia i Rodziny stwierdził, że współczesny świat „skutecznie wygasza w kobietach instynkt macierzyński”. „Jesteśmy zewsząd atakowani propagandą zniechęcania do macierzyństwa, podobnie jak ojcostwa” — mówił.
Rynek i porodówka
W 1983 roku, u szczytu ostatniego polskiego wyżu demograficznego, urodziło się 723,6 tysiąca dzieci. W 2022 roku — około 305 tysięcy. W 2025 — niewiele ponad 238 tysięcy.
Liczba urodzeń spadła więc do jednej trzeciej poziomu sprzed czterech dekad.
W pesymistycznych wariantach projekcji demograficznych ONZ ludność Polski może do końca stulecia spaść nawet w okolice 14 milionów. Takie dane przywołuje między innymi Barbara Socha.
Karol Nawrocki miał rację, jadąc do Kolbuszowej. Polska naprawdę potrzebuje polityki, która przestanie traktować rodzinę wyłącznie jako temat kampanii wyborczej.
Miał też rację, wpisując do swojego programu ulgi podatkowe dla rodzin. PIT Zero jest inwestycją, której efektów nie mierzy się w jednym roku budżetowym. Według szacunków projektodawców pozostawiłby około 13–14 miliardów złotych rocznie w kieszeniach ponad dwóch milionów rodzin. Część tych pieniędzy wróciłaby do lokalnej gospodarki jako konsumpcja.
Nie rozwiąże to oczywiście całego kryzysu demograficznego. Żadna ulga podatkowa nie stworzy sama miejsc pracy, mieszkań, żłobków, dróg i szpitali.
Ale właśnie dlatego polityki rodzinnej nie można oddzielać od polityki rozwoju lokalnego.
Jeżeli młodzi ludzie mają zostać w Kolbuszowej, Lesku czy Nowej Dębie, potrzebują nie tylko pieniędzy pozostawionych w domowym budżecie. Potrzebują także pracy, komunikacji, szkoły, żłobka i szpitala.
Od wielkich inwestycji infrastrukturalnych nikt nie oczekuje zwrotu w pierwszym roku. W przypadku porodówki w Lesku czy Nowej Dębie rachunek zaczyna się od tego, czy urodzi się wystarczająco dużo dzieci, żeby oddział się bilansował.
A przecież kolei czy portów, podobnie jak rodzin, nie buduje się na jeden rok budżetowy.
Buduje się je na pokolenia.
Miłosz Manasterski
Najnowsze
UEFA bierze się za VAR! Wielkie zmiany w europejskiej piłce
Pilne: Anna Konieczyńska została odwołana z funkcji wiceprezesa KARR
ZUS zaniżył mu emeryturę. Były kolejarz wywalczył 1500 zł podwyżki miesięcznie
Artykuł sponsorowany