87 lat temu Niemcy skazali na śmierć obrońców Poczty Polskiej w Gdańsku. Koalicja Obywatelska pamięta?
29 września upłynie dziesięć lat od nadania jednemu z gdańskich rond imienia upamiętniającego... Wolne Miasto Gdańsk. Było to jedno z pierwszych, ale wcale nie ostatnich wydarzeń gloryfikujących "tradycje" tego najbardziej antypolskiego tworu na Pomorzu. Po nim przyszły następne, m. in. "przywrócono" kolory gdańskim tramwajom, na te z czasów Wolnego Miasta, uczyniono patronami pojazdów szynowych osoby "zasłużone" w latach 30-40. XX wieku... W końcu padło słynne zdanie wiceprezydenta Grzelaka o "złych słowach Polaka wobec Niemca", które stały się, przynajmniej według zastępcy Dulkiewicz, bezpośrednią przyczyną II wojny światowej. Przykłady skandalicznego serwilizmu wobec Niemiec, zdominowanego przez członków partii Tuska, ale przecież de nomine polskiego samorządu, można mnożyć. Ktoś złośliwy mógłby domniemywać, że obecne władze Gdańska najlepiej czułyby się rzeczywiście w latach 20-30 ubiegłego wieku. My złośliwi nie jesteśmy, trudno jednak nie zauważyć, że o pewnych wydarzeniach z dziejów Wolnego Miasta Gdańska i pierwszych dniach września 1939 roku woli się dziś nad Motławą nie pamiętać. Nie pasują one do sielskiego obrazu Freie Stadt Danzig?
Atakowi na Westerplatte 1 września 1939 roku towarzyszył atak niemieckich bandytów na Pocztę Polską w Gdańsku. Obrona Westerplatte trwała kilka dni, a obrona Poczty Polskiej niespełna jeden dzień. O ile polscy żołnierze z Westerplatte zostali potraktowani w miarę rycersko (o ile Niemcom można w ogóle tę cnotę przypisać) to obrońcy Poczty Polskiej zostali brutalnie zamordowani, a nawet żywcem spaleni. Sprawcy mordów nigdy nie ponieśli najmniejszej nawet odpowiedzialności.
Niemcy spalili żywcem 10-letnią dziewczynkę
Atak na Pocztę Polską rozpoczął się o godz. 4:45. Obrona obiektu, przez polskich pocztowców, trwała do godz. 19. Godzinę wcześniej, po odparciu dwóch niemieckich ataków, bandyci wpompowali do piwnic benzynę podpaloną następnie przy pomocy miotaczy ognia. W wyniku tych działań żywcem spłonęło prawdopodobnie pięciu pocztowców (m.in. Brunon Marszałkowski i Stanisław Rekowski).
O godz. 19:00 obrońcy podjęli decyzję o kapitulacji. Jako pierwszy z płonącego budynku wyszedł dyrektor dr Jan Michoń. Mimo że niósł tylko białą flagę został przez napastników zastrzelony. Wychodzący za nim naczelnik poczty Józef Wąsik został żywcem spalony miotaczem płomieni. Prawdopodobnie w czasie opuszczania budynku przez Michonia i Wąsika próbę ucieczki podjął Bronisław Szulc. Według wspomnień Augustyna Młyńskiego został on najprawdopodobniej zastrzelony.
Z budynku udało się uciec sześciu pocztowcom. Dwóch z nich: Franciszka Mionskowskiego oraz rannego Alfonsa Flisykowskiego, aresztowano już 2 września i osadzono z pozostałymi obrońcami; pozostała czwórka: (Andrzej Górski, Franciszek Mielewczyk, Władysław Milewczyk i Augustyn Młyński) zdołała uciec i przeżyć wojnę. Jeden z pocztowców, Władysław Kupka, również podjął próbę ucieczki, ale w niewyjaśnionych okolicznościach został złapany przez Niemców.
Pozostali obrońcy zostali aresztowani i umieszczeni najpierw w gmachu Prezydium Policji w Gdańsku (28 osób), a rannych i poparzonych (16 osób) umieszczono w szpitalu miejskim. Spośród osób odesłanych do szpitala w wyniku obrażeń zmarło 6 osób (5 w wyniku poparzeń). Najmłodszą ofiarą ataku na pocztę była 10-letnia Erwina Barzychowska, wychowanica dozorcy Jana Pipki i jego żony Małgorzaty. Silnie poparzona miotaczem płomieni (przy próbie opuszczenia gmachu poczty) dziewczynka zmarła w szpitalu po 7 tygodniach męczarni.
Grupę więzioną w Prezydium Policji przeniesiono po kilku dniach do Victoriaschule, więzienia w którym w pierwszych dniach wojny przetrzymywano i torturowano gdańskich Polaków. Grupa ta była sądzona w "pierwszym procesie pocztowców".
Niemcy zabili obrońców Poczty Polskiej. Sprawcy sądowej zbrodni dożyli swoich dni w spokoju
Do "procesu" doszło 8 września 1939 roku; dziś więc obchodzimy 87 rocznicę tej sądowej zbrodni. 8 września sądzono 28 pocztowców, a 30 września, w "drugim procesie" pozostałych 10. Wszyscy zostali skazani na śmierć, co nawet w świetle "regulacji" wówczas obowiązujących było skrajnym bezprawiem. Choć bowiem Wolne Miasto Gdańsk zostało włączone, ku aplauzowi niemieckich mieszkańców (Gdańsk był mekką hitleryzmu na Pomorzu) do III Rzeszy to obowiązujący na tym terenie - do 14 listopada 1939 roku - Kodeks karny nie przewidywał kary śmierci.
Zauważył to litościwie Sąd Krajowy w Lubece. który bardzo szybko, bo już w... 1995 roku, "uniewinnił" zamordowanych pocztowców. Bezpośredni sprawcy sądowego mordu - Hans Giesecke (oskarżyciel wojskowy) i Kurt Bode (przewodniczący sądu) - uniknęli jakiejkolwiek odpowiedzialności, dożywając spokojnie swoich dni w Niemczech, jako szanowani powszechnie obywatele. Giesecke był po wojnie dyrektorem Sądu Krajowego Hesji we Frankfurcie nad Menem, a Bode był sędzią, a potem wiceprezesem Wyższego Sądu Krajowego w Bremie.
Słyszała coś pani o tym, pani prezydent Dulkiewicz?
Źródło: Republika, Wikipedia
Dziękujemy, że przeczytałaś/eś nasz artykuł do końca.
Bądź na bieżąco! Obserwuj nas w Wiadomościach Google.
Jesteśmy na Youtube: Bądź z nami na Youtube
Jesteśmy na Facebooku: Bądź z nami na FB
Jesteśmy na platformie X: Bądź z nami na X
Najnowsze
„Zamówili" dziecko u surogatki. Gdy okazało się, że ma wadę serca – zażądali jego zabicia
Polacy nie chcą mikrokawalerek. 98 proc. za decyzją Nadzoru Budowlanego
Niepokojące wieści z duńskiego dworu. Królowa Małgorzata II trafiła do szpitala