Władzy raz zdobytej nie oddamy nigdy
Blisko trzy lata temu postawiono TVP, Polskie Radio i PAP w stan likwidacji, a one nadają dalej, mają się dobrze i nic nie zapowiada ich rychłego końca. W tym samym czasie stacja, której nikt nie zlikwidował i nikt nie zamknął, wielokrotnie nie była wpuszczana na rządowe konferencje. Czy to jeszcze paradoks, czy już metoda?
W grudniu 1793 roku ukazał się w Paryżu pierwszy numer pisma „Le Vieux Cordelier", czyli „Stary Kordelier". Wydawał je Camille Desmoulins, ten sam, który cztery lata wcześniej wskoczył na stolik w ogrodzie Palais-Royal i wywołał tłum, biorący dwa dni później Bastylię. Tytuł był deklaracją: stary kordelier to ten, który pozostał wierny pierwotnej wolności, w odróżnieniu od nowych kordelierów, urzędujących już przy gilotynie.
Numerów było siedem, ale za życia autora ukazało się sześć. W trzecim Desmoulins przetłumaczył Tacyta tak, żeby każdy paryżanin rozpoznał w opisie rzymskiej tyranii własne miasto, a obrona była nie do ruszenia, bo przecież to tylko klasyk. W czwartym zażądał powołania Komitetu Łaski, więc Robespierre, kolega ze szkolnej ławy w Louis-le-Grand, zaproponował w klubie jakobinów, żeby nakład spalić. Desmoulins odpowiedział mu wtedy za Rousseau zdaniem, które przetrwało dłużej niż oni obaj: palić to nie znaczy odpowiadać. Odpowiedź w końcu przyszła i była wyrokiem skazującym: 5 kwietnia 1794 roku zginął pod gilotyną w wieku trzydziestu czterech lat, a jego żonę Lucile ścięto osiem dni później.
Najważniejsze zostawił jednak w numerze siódmym, który ukazał się już po jego śmierci. „Co odróżnia republikę od monarchii? Jedna jedyna rzecz: wolność mówienia i pisania". A dalej, za Camille'em Loustalotem, jeszcze mocniej: gdyby wolność prasy istniała w kraju, w którym najbardziej absolutny despotyzm złożył wszystkie władze w jednej ręce, ona jedna wystarczyłaby za przeciwwagę.
Likwidacja wieczysta
Nad Wisłą nikt nie sięga po gilotynę ani po ogień. Sięga się po formularz.
19 grudnia 2023 roku minister kultury Bartłomiej Sienkiewicz przeprowadził zmianę władz TVP, Polskiego Radia i PAP, a 27 grudnia, po prezydenckim wecie do ustawy okołobudżetowej, postawił wszystkie trzy spółki w stan likwidacji. Sąd rejestrowy początkowo się opierał: 9 stycznia 2024 roku odmówił wpisania zmian w radzie nadzorczej Telewizji Polskiej, 22 stycznia odmówił ujawnienia otwarcia likwidacji, uznając, że prawo wprost nie przewiduje rozwiązywania mediów publicznych. Ostatecznie stan likwidacji trafił do rejestru w kwietniu.
Idzie już trzeci rok. Likwidatorzy urzędują, spółki nadają, kolejna ustawa medialna nie wychodzi z rządu, a resort kultury zapowiada, że media publiczne w likwidacji pozostaną. Sama Krajowa Rada podsumowała to w grudniu ubiegłego roku tytułem, którego nie trzeba komentować: dwa lata procesu likwidacji, media publiczne wciąż w kryzysie.
Warto przy tej okazji policzyć, ile kosztuje utrzymanie nieboszczyka. Telewizja Polska dostała z budżetu państwa około miliarda sześciuset osiemdziesięciu milionów złotych w 2024 roku i miliard sześćset pięćdziesiąt pięć milionów w 2025, a w samym pierwszym kwartale tego roku dwie transze na łączne czterysta pięćdziesiąt milionów. Roczny budżet spółki ma sięgnąć dwóch miliardów dwustu milionów. Razem z Polskim Radiem publiczne wsparcie przekroczyło w 2024 roku dwa miliardy trzysta milionów złotych, a w 2025 wyniosło około dwóch miliardów.
„Likwidacja" okazała się więc nie procesem, tylko stanem skupienia — formą prawną, w której można trwać dowolnie długo. Zapowiadano narzędzie tymczasowe i odwracalne w każdej chwili, mające zabezpieczyć ciągłość, a po blisko trzech latach nikt go nie odwraca. Władysławowi Gomułce przypisuje się zdanie wypowiedziane w czerwcu 1945 roku w Moskwie: władzy raz zdobytej nie oddamy nigdy. Jego następcy odkryli rzecz subtelniejszą, bo władzy raz zdobytej nie trzeba oddawać, jeśli się jej formalnie nigdy nie objęło.
Winnica Nabota
Mechanizm jest starszy niż rewolucja francuska i opisany w Piśmie Świętym z brutalną dokładnością. Król Achab chce winnicy Nabota, bo leży tuż przy pałacu, i składa ofertę uczciwą oraz rynkową: lepsza winnica albo cena w srebrze. Nabot odmawia zgodnie z prawem — „Niech mnie Pan broni przed tym, bym miał ci oddać dziedzictwo mych przodków".
I tu do gry wchodzi żona króla Achaba. Izebel była córką Etbaala, króla Sydonu — Fenicjanką wydaną za izraelskiego władcę, która przywiozła nad Samarię kult Baala i fenickie wyobrażenie o władzy absolutnej. Nad Morzem Śródziemnym monarcha był właścicielem wszystkiego, co widział. W Izraelu stał pod Prawem, a dziedzictwo Nabota było niezbywalne z mocy Księgi Kapłańskiej, bo ziemia należy do Boga, nie do ludzi.
Izebel bierze więc sprawy w swoje ręce. Pisze listy w imieniu męża, pieczętuje jego pieczęcią i wysyła do starszyzny miasta: „Ogłoście post i posadźcie Nabota przed ludem", a naprzeciw niego dwóch ludzi nikczemnych, którzy zeznają, że zbluźnił Bogu i królowi. Post, zgromadzenie, świadkowie, wyrok, kamienie — wszystko w formie, wszystko z pieczęcią. Ręce króla pozostają czyste, bo on tylko wchodzi do winnicy, kiedy właściciela już nie ma. Dopiero prorok Eliasz nazywa rzecz po imieniu: zabiłeś, a ponadto zagarnąłeś?
Dziś nikt nikogo nie kamienuje. Dziś się nie wpuszcza na konferencję.
Dziennikarzy Telewizji Republika wielokrotnie odsyłano sprzed rządowych briefingów, choć nie był to zakaz szczelny — bywały konferencje, na które ich wpuszczano. Sądy zajmują się tym trzeci rok. Latem 2024 zapadł nieprawomocny wyrok uznający, że niewpuszczanie na konferencje w resorcie kultury naruszyło dobra osobiste nadawcy. W grudniu 2025 sąd nakazał prokuraturze kontynuować śledztwo w tej sprawie. A 9 września tego roku Sąd Okręgowy w Warszawie oddalił pozew stacji przeciwko Kancelarii Prezesa Rady Ministrów. Zapowiedziano apelację.
Osobno wisi koncesja. Skargę na konkurs koncesyjny złożył przegrany uczestnik postępowania, Grupa MWE Networks, a sąd administracyjny uchylił decyzję Krajowej Rady w kwietniu 2025 roku. Wyrok nie jest prawomocny, kasacja czeka w Naczelnym Sądzie Administracyjnym, koncesja obowiązuje. Skutek jest jednak niezależny od intencji skarżącego: zawieszona sprawa nierozstrzygnięta działa lepiej niż rozstrzygnięta.
Republika dalej nadaje
Do tego dochodzi rachunek, bo od stycznia 2024 roku stacja jest objęta bojkotem reklamowym, z którego nigdy się w pełni nie wydostała. W listopadzie 2025 roku Nielsen naliczył u niej osiemdziesięciu dziewięciu reklamodawców, a w znacznie mniejszym wPolsce24 stu trzydziestu dziewięciu. W sierpniu tego roku proporcja wreszcie się odwróciła: osiemdziesięciu sześciu wobec osiemdziesięciu jeden. Tyle że nie dlatego, że reklamodawcy wrócili do Republiki — ona jest mniej więcej tam, gdzie była. To konkurent stracił w dziewięć miesięcy blisko sześćdziesięciu klientów.
Zostaje pytanie, na które te liczby wciąż odpowiadają. W sierpniu Republika miała 4,66 proc. widowni, wPolsce24 — 1,59 proc. Blisko trzykrotnie większa widownia, tyle samo reklamodawców. Wielkości widowni nie da się tu przełożyć proporcjonalnie na liczbę klientów i żadną tabelą się tego nie odczaruje.
Każde z przedsiębiorstw, które odeszły w 2024 roku, działała legalnie i każda ma powód, którego da się bronić. O to właśnie chodzi. Nie ma decyzji, od której można się odwołać, nie ma zakazu i nie ma cenzora z pieczątką — jest lista akredytacyjna, faktura, sprawa w sądzie i dział zakupu mediów. Robespierre przynajmniej powiedział wprost, że chce spalić nakład. Dzisiejsza metoda jest czystsza, bo nikt niczego nie pali, tylko po prostu nie odpowiada.
Społeczny mandat
Zbiórka na ratę opłaty koncesyjnej ruszyła 1 września, a jej finał przypadł na niedzielę 6 września, kiedy w niecałe dziewięć godzin wpłynęło blisko trzydzieści tysięcy wpłat i ponad dwa miliony złotych — przy racie wynoszącej milion siedemset osiemdziesiąt pięć tysięcy. Był to drugi wrzesień z rzędu, w którym stacji zabrakło środków, a spór o odsetki trwa do dziś.
W ubiegłym roku wpłaty widzów sięgnęły pięćdziesięciu pięciu i pół miliona złotych przy pięćdziesięciu siedmiu milionach przychodów sprzedażowych, co znaczy, że mniej więcej połowę tej telewizji utrzymują dziś ludzie, którzy ją oglądają. Dla porządku: w pierwszym kwartale tego roku państwo przelało swojej likwidowanej telewizji ponad dwieście pięćdziesiąt razy tyle, ile widzowie Republiki musieli zebrać na jedną ratę.
Nabot zginął dlatego, że między nim a królem nie stanął nikt, a starszyzna miasta zrobiła dokładnie to, co było w liście. Tu stanęło trzydzieści tysięcy ludzi z własnymi portfelami, w dziewięć godzin. Republika dalej nadaje, ale na pewno nie jest to ostatnia próba przed nią i jej widzami.
Miłosz Manasterski
Źródło: Republika
Dziękujemy, że przeczytałaś/eś nasz artykuł do końca.
Bądź na bieżąco! Obserwuj nas w Wiadomościach Google.
Jesteśmy na Youtube: Bądź z nami na Youtube
Jesteśmy na Facebooku: Bądź z nami na FB
Jesteśmy na platformie X: Bądź z nami na X