50 tys. zł za uchylenie tymczasowego aresztu? Bydgoski „układ zamknięty” i korupcja w wymiarze sprawiedliwości
W Bydgoszczy na światło dzienne wychodzi coraz więcej niepokojących powiązań między przedstawicielami wymiaru sprawiedliwości a lokalnym światem biznesu. Najnowsze ustalenia wskazują na istnienie swoistego „układu zamkniętego” – sieci osobistych relacji, które miały zapewniać wybranym osobom korzystne traktowanie przed sądami i prokuraturą. W centrum afery znajduje się znany adwokat Janusz M., który według ujawnionych nagrań miał obiecywać „załatwienie” zwolnienia z aresztu za pokaźną sumę pieniędzy. Sprawa ta to jednak tylko wierzchołek góry lodowej. Na jaw wychodzą również historie o sędziach bawiących się na koszt wpływowej bizneswoman oraz przypadki defraudacji funduszy sądowych zamiatane pod dywan. Wszystko to tworzy obraz zdeprawowanego systemu, w którym – jak się obawiamy – sprawiedliwość mogła być towarem na sprzedaż.
Nagranie obnaża korupcyjną propozycję
Atmosferę skandalu podgrzało ujawnienie szokującego nagrania z udziałem adwokata Janusza M.. W cytowanej przez Salon 24 rozmowie z potencjalnym klientem mecenas z Bydgoszczy miał otwarcie deklarować, że potrafi wpłynąć na przebieg postępowania karnego i doprowadzić do uchylenia tymczasowego aresztu wobec pewnej osoby. Z kontekstu wynikało, że chodzi o nieformalne interwencje u organów ścigania lub sądu, czyli działanie daleko wykraczające poza ramy rzetelnej obrony. Adwokat zapewniał rozmówcę, że „włos z głowy nie spadnie” ani jemu, ani jego koledze siedzącemu w areszcie, o ile tylko „się porozumieją” co do warunków współpracy. Z dalszej części rozmowy wynika, że warunkiem tym była znaczna kwota pieniędzy – 50 tysięcy złotych – którą klient miał przekazać adwokatowi w formie zaliczki na początek sprawy. Co więcej, mecenas zastrzegł, iż nie może wystawić faktury na tę usługę i dał do zrozumienia, że sam „w większości tych środków […] nie zobaczy”, co sugeruje przekazanie pieniędzy osobom trzecim.
Treść nagrania brzmi niczym scenariusz filmu sensacyjnego, a jednak – według dziennikarzy śledczych – jest to rzeczywistość bydgoskich kuluarów wymiaru sprawiedliwości. Sam Janusz M. broni się, twierdząc, że nagranie jest zmanipulowane i rzekomo „nie używa takich metod”. Jednak fakt, że sprawą zajęły się organy ścigania, podważa linię obrony adwokata. Gdyby oskarżenia były bezpodstawne, śledczy prawdopodobnie szybko umorzyliby postępowanie i wszczęli postępowanie przeciwko autorom fałszywego zawiadomienia. Tymczasem stało się odwrotnie – zainicjowano pełnoprawne śledztwo. Ujawnienie tej rozmowy odbiło się szerokim echem, bo sugeruje istnienie korupcyjnego mechanizmu pozwalającego na kupczenie decyzjami o areszcie. Innymi słowy, pojawiło się podejrzenie, że w Bydgoszczy wolność można kupić za odpowiednio wysoką łapówkę.
Śledztwo pełne znaków zapytania
Sprawą potencjalnej korupcji adwokata Janusza M. formalnie zajmuje się teraz Prokuratura Krajowa. Wydział wewnętrzny PK prowadzi śledztwo pod sygnaturą 1001-14.Ds.2.2026 w sprawie „powoływania się na wpływy w prokuraturze w Bydgoszczy i podjęcia się pośrednictwa w załatwieniu sprawy polegającej na uchyleniu tymczasowego aresztowania […] w zamian za korzyść majątkową w kwocie nie niższej niż 50 tysięcy złotych”. Jak opisuje kulisy sprawy portal Myśl Polska, postępowanie jest na wczesnym etapie – jak dotąd nikomu nie przedstawiono zarzutów, a prokuratura zasłania się dobrem śledztwa, nie ujawniając szczegółów zaplanowanych działań. Wiadomo jednak, że sprawa jest traktowana poważnie i określana jako rozwojowa, co oznacza, że jej zakres może się rozszerzyć.
Zanim jednak śledztwo trafiło na szczebel centralny, dokumenty zdążyły pokonać długą drogę po instytucjach. Już we wrześniu 2025 r. do Delegatury CBA w Bydgoszczy wpłynęło zawiadomienie o podejrzeniu przestępstwa w wykonaniu Janusza M.. Następnie sprawę przekazano do Prokuratury Krajowej, skąd trafiła do Prokuratury Regionalnej w Gdańsku, później do Prokuratury Okręgowej w Elblągu, by ostatecznie wylądować w Prokuraturze Rejonowej w Elblągu. Taka wędrówka akt może mieć formalne uzasadnienia (np. kwestia właściwości miejscowej lub wyłączenia jednostek powiązanych ze sprawą), jednak z perspektywy postronnych obserwatorów wygląda to jak przerzucanie gorącego kartofla. Skutek jest taki, że mimo upływu wielu miesięcy nie zapadła żadna decyzja merytoryczna, co rodzi uzasadnione pytania o efektywność i determinację organów ścigania.
Warto podkreślić, że sprawa Janusza M. nie jest incydentem odosobnionym. Z różnych regionów Polski docierają sygnały o podobnych praktykach – do osób siedzących w aresztach dochodzą oferty „szybkiego wyjścia na wolność” za odpowiednią opłatą. Jeśli takie zjawisko rzeczywiście ma miejsce, istnieją dwie możliwości: albo niektórzy prawnicy nadużywają zaufania klientów i składają obietnice bez pokrycia wyłącznie dla wyłudzenia honorariów, albo – co znacznie groźniejsze – rzeczywiście dochodzi do korupcyjnego wpływania na decyzje prokuratorów i sędziów. Każdy z tych scenariuszy jest skrajnie niebezpieczny dla państwa prawa. Dlatego tak ważne jest rzetelne wyjaśnienie sprawy Janusza M. i rozwianie wszelkich wątpliwości. Póki co prokuratura unika jednoznacznych deklaracji. Pozostaje pytanie, czy zapewnienia adwokata na nagraniu były tylko bujną przechwałką mającą przekonać zdesperowanego klienta, czy też zapowiedzią konkretnego działania poza prawem – słowem: czy w Bydgoszczy faktycznie działa podziemny układ gwarantujący „załatwianie” spraw za łapówki?
Stawką są nie tylko losy jednego prawnika i jego klienta, ale wiarygodność całego wymiaru sprawiedliwości. Jeżeli potwierdzi się istnienie opisanej patologii, będziemy mieli do czynienia z aferą mogącą zachwiać zaufaniem obywateli do sądów i prokuratur w skali ogólnopolskiej. Z kolei jeśli okazałoby się, że nagranie było prowokacją lub fałszywką obliczoną na skompromitowanie prawnika, mielibyśmy skandal z udziałem służb specjalnych. Tak czy inaczej – afera będzie ogromna. Nic dziwnego, że sprawą interesują się już najwyższe czynniki. Koordynator służb specjalnych i kierownictwo Prokuratury Krajowej zapewniają, że śledztwo zostanie przeprowadzone rzetelnie i bez względu na ewentualne powiązania podejrzanych osób. Społeczeństwo zasługuje na poznanie prawdy: czy w Bydgoszczy funkcjonował „układ zamknięty”, w którym wolność i wyroki były towarem – czy też padliśmy ofiarą wielkiej mistyfikacji? Odpowiedź na to pytanie będzie miała konsekwencje daleko wykraczające poza Bydgoszcz.
Sędziowie Iustitii na celowniku – zeznania Kornowskiej
Sprawa adwokata Janusza M. zbiegła się w czasie z inną bulwersującą historią, która rzuca cień na bydgoskie środowisko prawnicze, którą ujawnił dziennikarz śledczy Republiki Piotr Nisztor. Mowa o relacjach pomiędzy lokalnymi sędziami a bizneswoman Renatą Kornowską – przedsiębiorczynią z Chojnic, która przez lata prowadziła interesy na Pomorzu i Kujawach. Kornowska, obecnie odbywająca karę więzienia za przestępstwa finansowe, ujawniła w mediach szereg informacji o swoich związkach z sędziami związanymi ze stowarzyszeniem Iustitia. Jej rewelacje wskazują na istnienie nieformalnych układów i korupcyjnych praktyk w lokalnym wymiarze sprawiedliwości.
Więcej o ustaleniach Piotra Nisztora: Ogromna afera korupcyjna w wymiarze sprawiedliwości? Mamy przelewy i zdjęcia | Ściśle Jawne
Kim jest Renata Kornowska? To 48-letnia bizneswoman, która zajmowała się m.in. handlem bursztynem z firmami w Chinach. Była również właścicielką ośrodka wypoczynkowego Małe Swory na Kaszubach oraz restauratorką. W latach 2007–2013 w należącym do niej ośrodku corocznie odbywały się spotkania integracyjne sędziów z oddziału bydgoskiego Iustitii. Jak przyznali sami uczestnicy, były to trzydniowe zjazdy obficie zakrapiane alkoholem, podczas których granice między sędziowską powagą a beztroską zabawą wyraźnie się zacierały. Według relacji Kornowskiej imprezy te organizowała ona po kosztach, a nawet ze stratą finansową dla swojego ośrodka – można więc podejrzewać, że inwestowała w te spotkania licząc na utrzymanie dobrych relacji z wpływowymi gośćmi.
Relacje bizneswoman z niektórymi sędziami szybko wyszły poza ramy zwykłej znajomości. Kornowska zaprzyjaźniła się zwłaszcza z dwiema paniami sędziami (oznaczanymi inicjałami R. i D.) oraz z pewną panią prokurator (K.). Jak twierdzi, przez lata udzielała im rozmaitych przysług i korzyści. Najbardziej szokujące są jej wyznania dotyczące sędzi R., która pełniła ważną funkcję w Sądzie Okręgowym w Bydgoszczy. Kornowska utrzymuje, że przekazywała tej sędzi znaczne sumy pieniędzy w zamian za przychylność w sprawach sądowych. Mowa o kwotach od 1000 do 30 000 zł – tyle miały kosztować „przysługi” załatwiane przed sądem przez zaprzyjaźnioną sędzię. Dowodem mają być przelewy bankowe z lat 2009–2012, do których dotarli dziennikarze śledczy.
Na tym nie koniec. Kornowska ujawniła, że w 2010 roku jej mąż kupił sędzi R. i partnerowi sędzi dom o wartości 500 tys. zł, płacąc gotówką, zaś ona sama przekazała na rachunki bankowe tej pary dodatkowe 640 tys. zł (w dwóch przelewach). Oficjalnie pieniądze te miały być pożyczką – lecz, co znamienne, nigdy nie zostały zwrócone. Jeżeli informacje te się potwierdzą, świadczyłyby o skandalicznym uwikłaniu sędziów w relacje finansowe z osobą, która jednocześnie pojawiała się na salach sądowych jako strona lub świadek. Trudno o bardziej jaskrawy konflikt interesów i pogwałcenie zasad etyki sędziego.
Renata Kornowska sama ma jednak sporo na sumieniu, co zmusza do ostrożności przy ocenie jej zarzutów. W 2020 roku została skazana na 4 lata więzienia za przywłaszczenie 478 tys. euro, które otrzymała jako przedpłatę od hongkońskiej spółki za niedostarczony towar (bursztyn). Obecnie odbywa tę karę w zakładzie karnym, a dodatkowo jest oskarżona w dwóch innych sprawach o oszustwo, z których jedna toczy się przed sądem w Bydgoszczy. Jej wiarygodność jako świadka obrony jest więc podważana przez obrońców sędziów – łatwo wskazać, że może ona obciążać przedstawicieli wymiaru sprawiedliwości, by wybielić własne przewinienia lub uzyskać nadzwyczajne złagodzenie swojej sytuacji. Z drugiej strony, fakty przedstawione przez Kornowską zdają się być poparte konkretnymi dowodami. W programie Telewizji Republika „Ściśle Jawne” pokazano zdjęcia z prywatnych wyjazdów sędziów i Kornowskiej oraz potwierdzenia przelewów na konta sędziów. To już nie są czcze pomówienia – to namacalne ślady potencjalnej korupcji.
Nic dziwnego, że organy państwa zaczęły reagować. Sędzia Przemysław Radzik, zastępca rzecznika dyscyplinarnego sędziów sądów powszechnych, ogłosił, że natychmiast po emisji reportażu w Telewizji Republika podjął czynności wyjaśniające dotyczące bydgoskich sędziów wymienionych przez Kornowską. Zażądał on zabezpieczenia pełnej dokumentacji bankowej i dowodowej, by zweryfikować, czy nie doszło do ciężkiego przewinienia dyscyplinarnego lub wręcz przestępstwa sądowego. „Przedstawione przelewy i dokumenty wskazują na uzasadnione podejrzenie, że sprawa jest bardzo poważna” – przyznał publicznie sędzia Radzik, zaznaczając jednak, że do oskarżeń osoby skazanej trzeba podchodzić z rezerwą. Niemniej już sam fakt, że wysoki rangą rzecznik dyscyplinarny zajmuje się badaniem sprawy, pokazuje wagę problemu. Także Sąd Okręgowy w Bydgoszczy poczuł ciężar zarzutów – w lipcu 2024 r. wyłączył się z orzekania we wszelkich sprawach związanych z Renatą Kornowską i wystąpił do Sądu Najwyższego o przeniesienie ich do innej jednostki. Taki ruch jest bezprecedensowy i świadczy o tym, że nawet sami sędziowie z Bydgoszczy uznali, iż dla dobra wymiaru sprawiedliwości lepiej oddać sprawę kolegom z innego regionu. Innymi słowy, pojawił się cień podejrzenia, że lokalne powiązania mogłyby utrudniać bezstronny proces.
W zeznaniach Kornowskiej przewija się jeszcze jedna postać – prokurator z Prokuratury Krajowej, określana inicjałem K. Bizneswoman twierdzi, że i ta osoba uczestniczyła w towarzyskich zjazdach i miała przyjmować od niej korzyści. Jeśli to prawda, oznaczałoby to, że układ nie ograniczał się do sędziów, ale sięgał również prokuratury na wysokim szczeblu. Obraz, jaki wyłania się z rewelacji Kornowskiej, jest porażający: grupa przedstawicieli Temidy, powołanych do stania na straży prawa, miała przez lata korzystać z dobrodziejstw finansowych i towarzyskich oferowanych przez sprytną bizneswoman – a w zamian zapewniać jej (i być może powiązanym z nią osobom) przychylność w sprawach sądowych.
Księgowa i sądowe pieniądze
Na tle powyższych historii inna sprawa, która wyszła na jaw w lokalnych mediach w ubiegłym roku, dopełnia obrazu systemowych nieprawidłowości w bydgoskiej Temidzie. Chodzi o skandal w Sądzie Rejonowym w Bydgoszczy, gdzie długoletnia pracownica działu finansowego dopuszczała się defraudacji znacznych kwot. Jak ustalono, księgowa sądu wyprowadziła z kasy instytucji około 320 tysięcy złotych na swoje prywatne konto oraz rachunki swoich dzieci. Co najbardziej szokujące, proceder ten miał trwać wieloletni – według wstępnych ustaleń pieniądze znikały z Zakładowego Funduszu Świadczeń Socjalnych sądu już od 2012 roku. Przez niemal dekadę nikt nie zorientował się w brakach, a przynajmniej nikt nie reagował. Dopiero w 2023 roku nowe kierownictwo sądu lub kontrolerzy finansowi wykryli nieprawidłowości i złożyli zawiadomienie do prokuratury.
Sprawa księgowej, choć z pozoru oderwana od tematu korupcji sędziowsko-adwokackiej, w istocie ukazuje ten sam problem: brak należytej kontroli i poczucia odpowiedzialności w bydgoskich instytucjach wymiaru sprawiedliwości. Jak to możliwe, że w instytucji publicznej pieniądze były systematycznie rozkradane przez jedną osobę przez tak długi czas? Czy nikt z przełożonych nie zauważył niedoborów? A może zauważono, lecz starano się to zamiatać pod dywan w obawie przed skandalem? Rąbka tajemnicy uchyliła decyzja o przekazaniu śledztwa w sprawie defraudacji poza Bydgoszcz – do Prokuratury Okręgowej w Toruniu. Bydgoscy śledczy sami wystąpili o wyłączenie ich od prowadzenia tej sprawy, co sugeruje, że mogli znać oskarżoną lub innych zaangażowanych i chcieli uniknąć zarzutu stronniczości. Taki krok jest słuszny z punktu widzenia bezstronności dochodzenia, ale jednocześnie stawia pytanie o lokalne powiązania. Czyżby i w tym przypadku w grę wchodziły znajomości chroniące nieuczciwego pracownika aż do momentu, gdy skala nadużyć stała się nie do ukrycia?
Księgowa ostatecznie przyznała się do winy i wyraziła chęć zwrotu całej przywłaszczonej kwoty. Nie zmienia to jednak faktu, że nadzór w bydgoskim sądzie zawiódł. Ta afera pokazuje, że problem braku transparentności i odpowiedzialności dotyczy nie tylko najwyższych szczebli (sędziów czy adwokatów), ale przenika też do administracyjnego zaplecza wymiaru sprawiedliwości. Gdy dodamy do tego układy towarzysko-biznesowe ujawnione przez Renatę Kornowską oraz oskarżenia wobec adwokata Janusza M., rysuje się obraz głęboko zdegenerowanego środowiska, gdzie koleżeńskie układy, przymykanie oka na nadużycia i nieformalne załatwianie spraw stały się normą.
Historie te nie są zwykłymi incydentami – razem tworzą one przerażającą mozaikę lokalnej niesprawiedliwości, swoisty Bydgoski Układ Zamknięty, jak określił go autor filmu przedstawiającego sprawę na kanale Youtube „W Interesie Społecznym”. Czyli układ, w którym prawo działa wybiórczo, a wpływy i pieniądze znaczą więcej niż przepisy. Taka sytuacja jest absolutnie niedopuszczalna w państwie prawa. Nie możemy pozwolić, by obywatele tracili wiarę w sprawiedliwość tylko dlatego, że garstka wpływowych osób uczyniła z sądów i prokuratur prywatny folwark. Konieczne są zdecydowane działania – i to natychmiast.
Źródła: Myśl Polska, Salon 24, W Interesie Społecznym (Youtube), Niezależna, Portal Telewizji Republika, Ściśle Jawne (Piotr Nisztor)
Dziękujemy, że przeczytałaś/eś nasz artykuł do końca.
Bądź na bieżąco! Obserwuj nas w Wiadomościach Google.
Jesteśmy na Youtube: Bądź z nami na Youtube
Jesteśmy na Facebooku: Bądź z nami na FB
Jesteśmy na platformie X: Bądź z nami na X
Polecamy Bogucki miażdży Giertycha
Wiadomości
Najnowsze
Czarnek komentuje "rosyjskie bagno" Tuska: wyhodowaliście Putina, z którym pan współpracował w najlepsze
Fundacja pisze do Tuska. Nie zostawia suchej nitki na cięciach w budżecie NFZ [SONDA]
„Polacy ratujący Żydów”. Wystawa IPN w Parlamencie Europejskim
TYLKO U NAS