Mieszkańcy Krakowa mówią „dość”. Presja referendum zmienia "dynamicznie" decyzje Miszalskiego
Ponad 73 tys. podpisów pod wnioskiem o referendum w sprawie odwołania prezydenta Krakowa to sygnał dla polityka KO, którego nie da się zignorować. Im większe poparcie dla inicjatywy mieszkańców, tym wyraźniejsza korekta wcześniejszych decyzji władz miasta.
Od „referendum nienawiści” do "korekty" decyzji
Zbiórka podpisów pod wnioskiem o referendum w Krakowie trwa zaledwie miesiąc, a już przekroczyła wymagany próg. Zamiast 58 tys. głosów, organizatorzy mają ich ponad 73 tysiące - podaje Interia. To wynik, który znacząco zmienił narrację prezydenta miasta Aleksandra Miszalskiego z Koalicji Obywatelskiej w sprawie tej inicjatywy.
Jeszcze na początku zbiórki podpisów Miszalski bagatelizował sprawę i przedstawiał referendum jako "nienawistną" akcję polityczną. Prezydent Krakowa przekonywał, że to projekt środowisk, które nie pogodziły się z porażką wyborczą:
— Nie mogą pogodzić się z przegraną, o moim odwołaniu mówili jeszcze przed zaprzysiężeniem — pisał prezydent Krakowa w mediach społecznościowych.
Podczas konferencji prasowej pytał również:
— Skąd ci biedni obywatele mają setki tysięcy, a może miliony złotych na kampanię hejtu, którą obserwujemy? Kto to finansuje? — pytał wyzywająco.
Narracja zaczęła jednak pękać, gdy skala społecznego sprzeciwu okazała się masowa. Tysiące podpisów zbieranych w pierwszych dniach i długie kolejki do wolontariuszy trudno było tłumaczyć wyłącznie polityczną mobilizacją.
Zaledwie kilka dni po starcie zbiórki miasto rozpoczęło intensywną kampanię informacyjną w obronie włodarza. Pojawiły się zapowiedzi wielkich inwestycji, projektów osiedlowych oraz hasła o „nowym otwarciu” dla Krakowa. Jednocześnie politycy Koalicji Obywatelskiej zaczęli publicznie zniechęcać mieszkańców do udziału w referendum. Radny Bartłomiej Kocurek ostrzegał w sieci przed podawaniem numerów PESEL osobom zbierającym podpisy, sugerując "ryzyko nadużyć". Z kolei Bogusław Kośmider mówił o „obrzydliwych atakach” i zapowiadał działania prawne wobec organizatorów inicjatywy.
Przełom nastąpił po przekroczeniu kolejnych progów podpisów. 11 lutego, w dniu ogłoszenia zebrania 45 tys. głosów, Aleksander Miszalski zapowiedział „wielką korektę” Strefy Czystego Transportu. Decyzji towarzyszyło odwołanie wieloletniego dyrektora Zarządu Transportu Publicznego Łukasza Franka:
— Tam, gdzie popełniamy błędy i mieszkańcy je zgłaszają, trzeba umieć się do nich przyznać i je korygować — powiedział prezydent Krakowa po ogłoszeniu decyzji.
Kilka tygodni wcześniej Miszalski twierdził jednak, że zmian w SCT „na razie nie przewiduje”, a krytyków porównywał do uczniów piszących wypracowanie „nie na temat”. Licznik podpisów działał jak polityczny barometr. Po przekroczeniu 50 tys. głosów prezydent zapowiedział powrót do darmowego parkowania w niedziele w centrum miasta. Gdy liczba podpisów zbliżyła się do 70 tys., zmienił stanowisko w sprawie cen biletów komunikacji miejskiej.
Choć wcześniej bronił podwyżki do 119 zł, później mówił o „korekcie” do 99 zł. Problem w tym, że obowiązująca uchwała nadal przewiduje wyższą stawkę, a projekt zmian nie trafił pod obrady rady miasta. Skala poparcia dla inicjatywy referendalnej sprawia, że jej przeprowadzenie wydaje się niemal przesądzone. Organizatorzy celują w 100 tys. podpisów, a do zakończenia zbiórki pozostał jeszcze ponad miesiąc.
Presja społeczna doprowadziła do gwałtownej zmiany tonu prezydenta Krakowa: od oskarżeń o „referendum nienawiści”, przez dymisje i korekty decyzji, aż po serię obietnic, które w wielu przypadkach wciąż czekają na formalne potwierdzenie.
Czy tak nerwowe ruchy uratują go przed surową oceną wyborców?
Źródło: Republika, interia.pl
Dziękujemy, że przeczytałaś/eś nasz artykuł do końca.
Bądź na bieżąco! Obserwuj nas w Wiadomościach Google.
Jesteśmy na Youtube: Bądź z nami na Youtube
Jesteśmy na Facebooku: Bądź z nami na FB
Jesteśmy na platformie X: Bądź z nami na X