Tomasz Sakiewicz: Prezydent Trump historycznie wzmocnił polsko-amerykańską współpracę
Decyzja o wysłaniu dodatkowych 5 tysięcy amerykańskich żołnierzy do Polski spotkała się z niemal powszechną radością we wszystkich środowiskach politycznych nad Wisłą. Poparcie dla współpracy ze Stanami Zjednoczonymi pozostaje w Polsce wyjątkowo wysokie.
Mimo wysiłków rządu premiera Donalda Tuska, by zastąpić naszą 250-letnią więź z amerykańską demokracją europejskim układem zdominowanym przez autokrację, Polacy otrzymali namacalny dowód trwałości naszych więzi. W tej sytuacji nawet Tusk musi udawać satysfakcję i czekać na kolejną okazję do osłabienia relacji.
Decyzja prezydenta Donalda Trumpa ma realną strategiczną wagę. Polska, która graniczy z wrogą Rosją, zyskuje namacalną siłę. Obecność 15 tysięcy amerykańskich żołnierzy to siła bojowa równoważna kilku rosyjskim dywizjom. W połączeniu ze stale rosnącymi możliwościami polskich sił lądowych sprawia to, że jakikolwiek atak na nasz kraj staje się wysoce nieprawdopodobny.
Premier Donald Tusk stoi na czele rządu z obozu politycznego otwarcie wrogiego Donaldowi Trumpowi i bliższego Brukseli oraz Berlinowi. Natomiast prezydent Karol Nawrocki – wybrany silnym mandatem społecznym i przy wsparciu Trumpa – nie sprawuje bezpośredniej władzy wykonawczej nad codziennymi sprawami rządu.
Jednak jako Naczelny Dowódca Sił Zbrojnych RP posiada znaczne uprawnienia konstytucyjne w dziedzinie bezpieczeństwa państwa. Powstaje klasyczne polskie napięcie konstytucyjne: prezydent i premier z przeciwległych obozów politycznych muszą współistnieć, przy czym prezydent dysponuje ważnymi prerogatywami symbolicznymi i wojskowymi, podczas gdy rząd kontroluje administrację.
Historia nauczyła Polaków, że nasze bezpieczeństwo zależy od silnej armii i prawdziwych sojuszy. W swoim pierwszym okresie rządów w latach 2007–2014 Donald Tusk robił dokładnie odwrotnie: rozbrajał polską armię i rozluźniał więzi ze Stanami Zjednoczonymi. Chciał zastąpić bezpieczeństwo oparte na silnych siłach zbrojnych i sojuszu z Ameryką niemal wasalnymi relacjami z Berlinem i Moskwą. W tym celu sabotował budowę amerykańskiej bazy obrony przeciwrakietowej w Polsce – wysiłek, który niestety się powiódł.
Ta polityka dramatycznie upadła po wybuchu pierwszej wojny na Ukrainie. Tusk wyjechał z Polski i za przyzwoleniem Berlina realizował w Unii Europejskiej niemieckie interesy. W 2015 roku, po wyborze proamerykańskiego prezydenta Andrzeja Dudy i utworzeniu rządu przez partię Jarosława Kaczyńskiego – która postawiła na sojusz ze Stanami Zjednoczonymi – współpraca z Ameryką wróciła na tradycyjne tory. Rok później Donald Trump został powitany w Polsce przez ogromne tłumy jako bohater narodowy.
Pierwsi amerykańscy żołnierze przybyli (decyzja zainicjowana jeszcze za Baracka Obamy, ale zdecydowanie wzmocniona przez Trumpa). Zmiana na stanowisku prezydenta USA nie zmieniła proamerykańskiej orientacji konserwatywnego rządu polskiego. Zarówno polski prezydent, jak i rząd robili wszystko, co możliwe, by podtrzymywać sojusz, który stał się absolutną koniecznością po pełnoskalowej inwazji Rosji na Ukrainę w 2022 roku.
Prawdziwy wstrząs nastąpił w 2023 roku. Donald Tusk wygrał wybory i natychmiast zaczął oskarżać wszystkich o prorosyjskość – w tym nazywając samego Donalda Trumpa rosyjskim agentem. Tusk nigdy nie wierzył, że Trump wróci do władzy. Te oskarżenia miały uzasadnić atak na partię Kaczyńskiego i prezydenta Andrzeja Dudę, którzy otwarcie popierali Trumpa.
Zderzenie proniemieckiego premiera Polski z Donaldem Trumpem, który pamiętał obraźliwe słowa pod swoim adresem, stworzyło realne ryzyko ochłodzenia wyjątkowo dobrych relacji polsko-amerykańskich.
Tusk rzeczywiście zaczął spowalniać amerykańskie inwestycje w Polsce i prowadzić kampanię na rzecz zastąpienia tradycyjnego sojuszu polsko-amerykańskiego amorficznym „europejskim” sojuszem sterowanym z Berlina. Dlatego wybory prezydenckie w Polsce w 2025 roku stały się kluczowe. W międzyczasie Telewizja Republika – największa konserwatywna sieć informacyjna w Polsce – wraz z kilkoma posłami opozycji i wciąż urzędującym prezydentem Andrzejem Dudą stanowiła główne pomost do Waszyngtonu.
Wiosną 2025 roku Republika zorganizowała pierwszą w Polsce konferencję CPAC, na której jednym z mówców był konserwatywny kandydat na prezydenta Karol Nawrocki. Wśród gości znalazła się Kristi Noem, ówczesna szefowa Departamentu Bezpieczeństwa Wewnętrznego USA, która w imieniu Trumpa obiecała zwiększone amerykańskie wsparcie wojskowe dla Polski – pod warunkiem wybrania przez Polaków wyraźnie proamerykańskiego prezydenta. Karol Nawrocki, wbrew sondażom, wygrał te wybory i natychmiast zaczął ocieplać relacje ze Stanami Zjednoczonymi.
Nie było to łatwe. Rząd Tuska robił wszystko, co w jego mocy, by te relacje zepsuć. Trump zauważył różnicę. Najpierw zasugerował wycofanie części wojsk z Polski – perspektywa, która przerażała nawet zwolenników Tuska, zmuszając premiera do nagłego ogłoszenia się największym proamerykańskim politykiem w Polsce. Trump, z doskonałym zrozumieniem polskiej rzeczywistości, postanowił zadać ostateczny cios. Ogłosił, że nie tylko utrzyma amerykański kontyngent, ale go zwiększy – specjalnie na cześć prezydenta Karola Nawrockiego.
Podejrzewam, że obaj prezydenci – Donald Trump i Karol Nawrocki – patrzą teraz z niemałą satysfakcją, jak Donald Tusk próbuje przekonać swoich wyborców, że decyzja Trumpa jest jakimś sukcesem jego własnego rządu.
Artykuł Tomasza Sakiewicza dla Washington Reporter
Źródło: Republika
Dziękujemy, że przeczytałaś/eś nasz artykuł do końca.
Bądź na bieżąco! Obserwuj nas w Wiadomościach Google.
Jesteśmy na Youtube: Bądź z nami na Youtube
Jesteśmy na Facebooku: Bądź z nami na FB
Jesteśmy na platformie X: Bądź z nami na X