Kurdyjski dziennikarz prosił o azyl na Białorusi. Został porażony paralizatorem i deportowany
29-letni kurdyjski dziennikarz Rebin Sirvan Maji, który przyleciał na Białoruś i poprosił o ochronę międzynarodową, został potraktowany paralizatorem, a następnie deportowany do kraju pochodzenia. – Nie pozwolili mi się spakować ani zrobić testu na koronawirusa – mówi mężczyzna.
Historię dziennikarza opisał „New York Times”. Z mężczyzną skontaktował się z niezależny białoruski portal Zerkalo.io. W rozmowie z jego dziennikarzami wyjaśnił, że pracując w jednym niewielu wolnych mediów w Kurdystanie i zajmując się tematami politycznymi obnażającymi niewygodne dla władzy fakty, był wielokrotnie narażony na represje i otrzymywał pogróżki. Z tego powodu postanowił pomyśleć o migracji do Unii Europejskiej.
Z relacji mężczyzny wynika, że „wycieczkę” na Białoruś zorganizowało jedno z syryjskich biur podróży. Za podróż zapłacił 4 tysiące euro. 18 października wylądował na lotniku w Mińsku. W białoruskiej stolicy spędził tydzień. W tym czasie zrozumiał, że przedostanie się na teren Unii Europejskiej może być niemożliwe. Postanowił więc ubiegać się o azyl na Białorusi.
– Jak tylko przyszedłem do nich i powiedziałem, że chcę prosić o ochronę międzynarodową, powiedzieli, że zostanę deportowany. Nikt mnie nie słuchał, kiedy mówiłem, że jestem dziennikarzem i mogę zginąć w Iraku. Kiedy zacząłem się z nimi kłócić, natychmiast dostałem paralizatorem – powiedział Maji.
– Zabrali mnie na lotnisko i kazali wsiąść do pierwszego samolotu do Damaszku. Cała procedura „deportacji” trwała około dwóch godzin – podkreślił mężczyzna.
Polecamy Hity w sieci
Wiadomości
Najnowsze
Koniec zorganizowanego dopingu na meczach reprezentacji. PZPN zerwał współpracę
Nowa inicjatywa prezydenta będzie dotyczyć referendów. Bogucki podaje szczegóły
Camp Nou chce finału Ligi Mistrzów. Barcelona zgłosiła kandydaturę do UEFA