Koalicja 13 grudnia buduje „własną prawdę”. Fact-checking w wykonaniu TVP w likwidacji
Paweł Moskalewicz wraca do Telewizji Polskiej nie jako dziennikarz czy menedżer anteny, ale jako pełnomocnik likwidatora nielegalnej TVP – człowiek od „przeciwdziałania dezinformacji”. To ta sama twarz, która jeszcze niedawno kierowała TVP Info, a wcześniej w mediach społecznościowych jawnie manifestowała sympatie polityczne i publikowała wulgarne uderzenia w dzisiejszą opozycję. W czasach, gdy koalicja 13 grudnia ogłasza walkę o „prawdę”, na pierwszą linię wysuwa postać, która z bezstronnością ma poważny problem.
Pełnomocnik likwidatora i wulgarne posty na Facebooku
W niespełna dwa lata od rozpoczęcia tzw. likwidacji TVP, rządząca koalicja 13 grudnia przystępuje do kolejnego etapu „uzdrawiania” mediów publicznych. Tym razem orężem w walce o rzekomą rzetelność przekazu ma być nowy portal fact-checkingowy tworzony wspólnie przez Telewizję Polską, Polskie Radio i PAP. Nad projektem pracuje m.in. Paweł Moskalewicz, do niedawna szef TVP Info, który po odsunięciu od kierowania stacją powrócił w roli pełnomocnika likwidatora TVP ds. przeciwdziałania dezinformacji. Według ustaleń branżowego portalu Press, Moskalewicz – niegdyś związany również z tygodnikami „Forum” i „Wprost” – pomaga opracować koncepcję portalu weryfikującego informacje.
Ten sam, który w 2020 roku z dumą publikował zdjęcia wulgarnych napisów na murach wymierzonych w prezesa Prawa i Sprawiedliwości Jarosława Kaczyńskiego oraz treści bezpośrednio wspierające ówczesną kandydaturę Rafała Trzaskowskiego na Prezydenta RP. Do tych archiwalnych treści dotarł dziennikarz Republiki Marcin Dobski.
Już sam fakt, że były skrajnie spolaryzowany szef TVP Info w likwidacji ma teraz zajmować się „walką z dezinformacją”, budzi ironiczne skojarzenia. Krytycy przypominają, że koalicja 13 grudnia przejmowała media publiczne głosząc hasła bezstronności – tymczasem dziś to ona decyduje, czym jest „prawda”, kreując własną narrację. Portal fact-checkingowy w rękach rządzących może stać się narzędziem selekcjonowania informacji zgodnie z interesem władzy. Warto zatem prześledzić, jak w praktyce wyglądały dotychczasowe „dokonania” rządu Tuska w obszarze mediów.
Bezprecedensowe przejęcie i likwidacja TVP – nocne uchwały i odcięty sygnał
Droga do obecnej sytuacji zaczęła się 19 grudnia 2023 roku. To wtedy, późnym wieczorem, nowa większość sejmowa przyjęła uchwałę o „przywróceniu ładu prawnego oraz bezstronności i rzetelności mediów publicznych”. Uchwałę – podjętą w ekspresowym tempie – poparli posłowie KO, PSL i Polski 2050 (Trzeciej Drogi) i Lewicy, przeciw byli lub wstrzymali się posłowie PiS, Konfederacji i Kukiz’15. Mimo że taka uchwała nie ma mocy ustawy, posłużyła rządzącym za pretekst do natychmiastowej czystki we władzach TVP, Polskiego Radia i PAP. Jeszcze przed północą ówczesny minister kultury Bartłomiej Sienkiewicz odwołał rady nadzorcze i zarządy mediów publicznych, ignorując obowiązujące przepisy ustaw medialnych. Co więcej, zrobił to wbrew zabezpieczeniu Trybunału Konstytucyjnego – TK raptem kilka dni wcześniej nakazał powstrzymać się od zmian do czasu rozprawy w styczniu 2024, lecz koalicja 13 grudnia zlekceważyła to orzeczenie.
Następnego dnia doszło do scen, jakich nie widziano w Polsce od dekad. 20 grudnia 2023 r. do siedzib TVP, PR i PAP weszli nowo mianowani „przewodniczący” rad nadzorczych w asyście anonimowych ochroniarzy opłaconych przez władzę. Przed południem wyłączono sygnał TVP Info, zawieszono nadawanie serwisów informacyjnych – widzowie zamiast bieżących wiadomości ujrzeli nagle powtórki seriali i bloki reklamowe. Przerwano emisję specjalnego wydania „Wiadomości” prowadzonego na żywo przez jednego z dziennikarzy TVP Info – program urwał się w chwili, gdy prezenter oznajmił widzom: „Chyba właśnie doszło do przejęcia mediów publicznych”. Na korytarzach Woronicza panował chaos; doszło nawet do szarpaniny, w której ucierpiała posłanka PiS Joanna Borowiak próbująca interweniować. Wieczorne wydanie głównego serwisu „Wiadomości” o 19:30 w ogóle się nie odbyło – zastąpiono je oświadczeniem nowej ekipy odczytanym z wynajętego studia poza TVP. Tak drastycznych działań – siłowego odcięcia telewizji publicznej od widzów – nie notowano od czasów stanu wojennego, co słusznie zauważyli komentatorzy.
Kulminacją tych wydarzeń była decyzja ministra Sienkiewicza z 27 grudnia 2023 r. o formalnym postawieniu TVP, Polskiego Radia i PAP w stan likwidacji. Sienkiewicz argumentował, że skoro prezydent Andrzej Duda wstrzymał finansowanie mediów publicznych (wetując ustawę budżetową z zapisanymi miliardami na ten cel), to jedynym sposobem zabezpieczenia ich działania jest wszczęcie procesu likwidacyjnego. Minister przekonywał, że likwidacja ma charakter techniczny – pozwoli przeprowadzić restrukturyzację i uniknąć zwolnień z powodu braku środków, a „stan likwidacji może być cofnięty w dowolnym momencie przez właściciela”. Trudno jednak ukryć, że było to posunięcie bez precedensu. Eksperci podkreślali, iż spółek mediów publicznych nie można ot tak zlikwidować jak zwykłej firmy – działają one z mocy szczególnych ustaw i pełnią misję związaną z wolnością słowa, więc użycie trybu likwidacji omijającego ustawę o radiofonii i telewizji budzi poważne wątpliwości prawne. Innymi słowy, koalicja 13 grudnia znalazła sposób na wymianę władz i podporządkowanie sobie TVP, PR i PAP bez zmiany prawa – za cenę potężnego wstrząsu dla tych instytucji.
Dwa lata chaosu – spadek wiarygodności, widzów i kontrowersje personalne
Dziś, po upływie dwóch lat od owych wydarzeń, media publiczne wciąż odczuwają skutki kryzysu wywołanego „likwidacją”. Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji wylicza straty finansowe, organizacyjne i wizerunkowe, jakie poniosła telewizja publiczna i radio. Gwałtowne przerwanie emisji programów informacyjnych w grudniu 2023 r. zaowocowało masowym odpływem odbiorców – Telewizja Polska utraciła zaufanie części widowni i do dziś nie odzyskała poprzedniej pozycji. Kanał TVP Info, niegdyś lider rynku newsowego, stracił ponad 70% widzów – pod koniec 2024 r. jego oglądalność była o ponad dwie trzecie niższa niż rok wcześniej. Tak dramatyczny zjazd oglądalności najlepiej obrazuje skalę szkód wyrządzonych przez chaotyczne działania koalicji. Nawet programy informacyjne TVP1 i TVP3 po „reformie” notowały wielomiesięczne spadki zainteresowania.
Zamieszanie organizacyjne i finansowe również dało się we znaki. Nowe władze mediów publicznych zmuszone były do zaciskania pasa – brak pewnego finansowania z budżetu państwa skutkował planami masowych oszczędności. Redukcje zatrudnienia w TVP miały sięgnąć 20-30% załogi, likwidowano też etaty współpracowników na umowach cywilnoprawnych. Sęk w tym, że owe cięcia oznaczają realne utrudnienia w produkcji jakościowych treści – mediów publicznych po prostu dziś na wiele nie stać. Paradoksalnie więc hasło sanacji finansów TVP przełożyło się na osłabienie jej możliwości realizowania misji.
Na domiar złego, nowa ekipa kadrowa koalicji 13 grudnia sama uwikłała się w liczne skandale. Osobą odpowiedzialną za proces likwidacji TVP został mianowany Daniel Gorgosz – wcześniej średniego szczebla menedżer w TVP, któremu powierzono rolę jedynego członka zarządu spółki w likwidacji. Szybko okazało się, że Gorgosz ma wątpliwe kwalifikacje: w lipcu 2025 r. media ujawniły, iż prokuratura bada sprawę jego rzekomo nielegalnie zdobytych dyplomów. Według ustaleń śledczych likwidator TVP mógł kupić dokumenty potwierdzające wyższe wykształcenie, a nawet stopień doktora nauk społecznych, który uzyskał na jednej z prywatnych uczelni w Pułtusku. Sam Gorgosz wszystkiemu zaprzeczył, twierdząc, że „nigdy nikogo nie prosił o pomoc w zdobyciu dyplomu” i że ukończył studia uczciwie. Mimo tych tłumaczeń niesmak pozostał – oto człowiek mający dbać o „ład korporacyjny” w publicznej telewizji sam jest podejrzewany o oszustwo edukacyjne.
To nie koniec kontrowersji. W listopadzie 2025 r. wyszło na jaw, że Daniel Gorgosz zasiada na ławie oskarżonych w procesie karnym przed sądem we Włocławku. Razem z nim oskarżony jest Michał Jończyński – bliski koalicji menedżer, który po przejęciu władzy przez obecną ekipę trafił do rady nadzorczej PZU, a nawet zarządu spółki Orlen Paliwa. Prokuratura zarzuca obu panom niegospodarność i nadużycia, jakich mieli dopuścić się kilka lat wcześniej, gdy wspólnie zarządzali szpitalem powiatowym w Rypinie. Oskarżeni nie przyznają się do winy i liczą na uniewinnienie, jednak sam fakt istnienia takiej sprawy kompromituje narrację o „nowych, uczciwych kadrach” w mediach publicznych. Jończyński zrobił błyskawiczną karierę za rządów koalicji 13 grudnia, obejmując wysokie posady w państwowych spółkach, co stawia pod znakiem zapytania obiecywaną przez Tuska przejrzystość nominacji.
Fact-checking czy fabrykowanie narracji? Koalicja 13 grudnia wobec prawdy
Wróćmy do zapowiedzianego portalu fact-checkingowego. Oficjalnie jego misją ma być obiektywna weryfikacja informacji i demaskowanie dezinformacji – cel ze wszech miar szczytny. Problem w tym, że dokonania koalicji 13 grudnia na polu mediów każą sceptycznie oceniać te zapowiedzi. Nowe kierownictwo TVP i PR szybko pokazało, że pluralizm widzą na swoich warunkach, a kryterium prawdy bywa u niego politycznie wygodne. Już pierwsze miesiące „odpolitycznionej” rzekomo telewizji publicznej pokazały, iż treści prezentowane widzom są silnie filtrowane pod linię rządu. Z danych KRRiT wynika, że w 2024 roku dominacja obozu władzy na antenach TVP była miażdżąca. W trzecim kwartale 2024 aż 85,65% czasu politycznego w TVP poświęcono wypowiedziom przedstawicieli rządu Donalda Tuska i wspierających go ugrupowań, podczas gdy politycy opozycji dostali tylko 14,35% tego czasu. Potwierdził to także monitoring IV kwartału 2024, choć odsetek czasu dla rządu spadł nieco do ~82%, nadal opozycja miała tylko 17% anteny. Tak drastyczna dysproporcja – ponad 80-85% uwagi dla koalicji 13 grudnia – nie pozostawia złudzeń, kto nadaje ton przekazowi po „reformie” TVP.
Rządzący odpierają zarzuty stronniczości, argumentując, że to naturalne, iż media publiczne relacjonują głównie działania aktualnego rządu. Jednak skala tej dominacji i eliminacja krytycznego głosu idą znacznie dalej. To dokładnie ten sam grzech monopolizacji narracji, tylko teraz popełniany w imię „przywracania praworządności i demokracji walczacej”. Instytut Ordo Iuris w swoim raporcie podkreślił, że nowe władze jeszcze silniej podporządkowały sobie przekaz mediów publicznych, pogłębiając tendencje, które wcześniej sami nazywali niedopuszczalnymi. W telewizji tzw. odpolitycznionej aż roi się od polityków obozu rządowego – występują nie tylko w serwisach informacyjnych, ale i programach publicystycznych, często bez kontrapunktu strony przeciwnej. Krytyczne materiały uderzają niemal wyłącznie w opozycję, podczas gdy ekipa rządząca przedstawiana jest w świetle sukcesów. Taka jest rzeczywistość „bezstronnych” mediów po likwidacji TVP.
W tym kontekście pomysł uruchomienia przez tę samą ekipę portalu fact-checkingowego budzi obawy o bezstronność. Owszem, walka z dezinformacją jest potrzebna, szczególnie w dobie wojen informacyjnych i zalewu fake newsów. Nie można jednak ignorować pytania: kto będzie sprawdzał fakty sprawdzane przez koalicję 13 grudnia? Gdy za weryfikację informacji zabiera się władza, która ma tak silną pokusę kontrolowania przekazu, łatwo wyobrazić sobie nadużycia. Istnieje ryzyko, że „fact-checker” pod patronatem rządu stanie się arbitrem, który jedne narracje (własne) uzna za prawdę objawioną, a odmienne zdanie będzie piętnować jako fake news. Już teraz prorządowe media publiczne etykietują wielu krytyków jako szerzycieli dezinformacji, często bez rzetelnej debaty.
Warto przypomnieć, że zaraz po przejęciu TVP nowy prowadzący tymczasowego programu informacyjnego obiecywał widzom „czystą wodę zamiast propagandowej zupy”. Ta czysta woda miała symbolizować klarowny, uczciwy przekaz. Po dwóch latach można śmiało stwierdzić, że woda podana przez koalicję 13 grudnia okazała się co najmniej mętna. Portal fact-checkingowy tworzony przez obecną władzę będzie wiarygodny tylko wtedy, gdy faktycznie stanie po stronie faktów, a nie rządowej interpretacji faktów. Niestety, dotychczasowa praktyka neo-mediów publicznych nie napawa tu optymizmem. Pozostaje więc kluczowe pytanie, czy rządzący są w stanie uczciwie patrzeć na własne działania krytycznym okiem? Bo jeśli nie – ich „walka z dezinformacją” może okazać się niczym innym jak walką z inaczej myślącymi, opakowaną w pozory szlachetnej misji.
Źródło: Marcin Dobski, Press.pl, Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji, Ordo Iuris, Portal Telewizji Republika
Dziękujemy, że przeczytałaś/eś nasz artykuł do końca.
Bądź na bieżąco! Obserwuj nas w Wiadomościach Google.
Jesteśmy na Youtube: Bądź z nami na Youtube
Jesteśmy na Facebooku: Bądź z nami na FB
Jesteśmy na platformie X: Bądź z nami na X
Najnowsze
Zgorzelski Republice o konflikcie wokół ambasadorów: szkoda polskiej dyplomacji
Koalicja 13 grudnia buduje „własną prawdę”. Fact-checking w wykonaniu TVP w likwidacji
Tragiczny wypadek w Rumunii. Zginęli kibice jadący na mecz Ligi Europy