"Sprawa elbląska" - 77 rocznica komunistycznej prowokacji. Pożar fabryki wykorzystano do sądowych represji
77 lat temu w Elblągu doszło do pożaru w hali nr A20 Zakładów Mechanicznych Zamech im. gen. Karola Świerczewskiego. Według odtajnionych sprawozdań Urzędu Bezpieczeństwa 17 lipca 1949 roku aresztowano 75 osób. Do 1 września cele zapełniało około 150 osób. Z całości odtajnionych materiałów wynika, że łącznie aresztowano przynajmniej 222 osoby. Rodziny zatrzymanych traciły mieszkania i pracę. Część aresztowanych, między innymi reemigranci z Francji oskarżeni o tworzenie siatki szpiegowskiej, nie miała żadnych związków z „Zamechem”, ich aresztowanie miało charakter polityczny. Troje z aresztowanych skazano na śmierć, sześcioro na długoletnie więzienie. Henryk Zając został znaleziony martwy w celi, Adam Basista zmarł trzy lata po wyjściu z więzienia. Był to najbardziej odczuwalny w Elblągu akt stalinowskiego terroru. Wydarzenie to wiązane jest z trwającą wówczas nagonką na Polaków przebywających podczas II wojny światowej we Francji, oraz obywateli i dyplomatów francuskich przebywających wówczas w Polsce.
Fabryka była jedną z najnowocześniejszych na Wybrzeżu. Sama hala nr 20 była trzynawowa. Miała długość 210 metrów i szerokość 56 metrów. Boczne nawy były o wysokości 16 metrów, a środkowa 23 metry. Kubatura wynosiła 222 tys. metrów sześciennych. Dla porównania: podobna była wielkość zespołu budynków Politechniki Gdańskiej z początku XX wieku.
W hali w 1949 roku trwała produkcja oraz montaż maszyn i urządzeń. Znajdowało się tam pięć wirników przygotowanych do montażu łopatek i remontu tarcz a także 15 tysięcy łopatek. Produkcja na rynek polski i sowiecki obejmowała m.in. śruby napędowe, wyposażenie do rudowęglowców i lodołamaczy, a także części mechanizmów dźwigów portowych. W hali było 166 obrabiarek, w tym sześć ciężkich maszyn: wytaczarka Schiess, wiertarko-heblarka też marki Schiess, dwie strugarki: Cincinnati i Poręba oraz dwie karuzelówki: Eustachio i Cincinnati. Już samo to zestawienie pokazuje, jak ważna była to hala.
Nie może więc dziwić, że jeszcze przed ugaszeniem pożaru do akcji wkroczył Urząd Bezpieczeństwa. Pożar wybuchł około godziny 2 w nocy, a jego gaszenie trwało do południa 17 lipca 1949 r. Tego samego dnia Powiatowy Urząd Bezpieczeństwa w Elblągu aresztował około stu osób spośród czterech tysięcy zatrudnionych. W kolejnych dniach i miesiącach liczba aresztowanych rosła. Łącznie zatrzymano przynajmniej 220 osób. Sprawę powiązano przy tym z działalnością wywiadu francuskiego, a głównymi podejrzanymi stali się reemigranci z Francji, których w Elblągu nie brakowało. Dla śledczych od samego początku było jasne, że był to akt sabotażu. Powołani do tej sprawy biegli mieli jedynie uwiarygodnić te zarzuty. Osoby zatrzymane poprzez stosowanie gróźb i przemocy również częściowo przyznały się do wymyślonych zarzutów.
W procesie głównym skazano dziewięć osób. Ogłoszono trzy wyroki śmierci (zamienione potem na dożywocie), jeden wyrok dożywocia, a pozostali usłyszeli wyroki długoletniego więzienia (od piętnastu do jedenastu lat). Nie były to jednak jedyne akty oskarżenia, jakie trafiły do sądu. Łącznie skazanych w Sprawie Elbląskiej zostało 31 osób. Nie wszyscy opuścili zakłady karne. Według oficjalnej wersji wydarzeń, dwie osoby popełniły samobójstwo w więzieniu.
Znajdować się miał wśród nich Henryk Zając, którego komunistyczny Wojskowy Sąd Rejonowy w Gdańsku skazał na dwanaście lat więzienia na podstawie sfabrykowanych zarzutów. Ponad osiem miesięcy później, 6 lipca 1952 roku Henryka Zająca dosięgła śmierć.
Naczelnik więzienia karno-śledczego w Gdańsku kpt. Jerzy Groszewski twierdził, że to samobójstwo. Współwięźniowie mieli inne zdanie. Jeden z nich, Józef Olejniczak, także skazany w Sprawie Elbląskiej, stanowczo zaprzeczał, że to było samobójstwo. Olejniczak miał usłyszeć od jednego ze strażników: "zabili wam kolegę". Wątpliwości, co do faktycznego przebiegu tragicznych wydarzeń nie miał także Józef Waszkiewicz, sędzia Najwyższego Sądu Wojskowego. W swoich wspomnieniach napisał, że nie badano tej sprawy, nawet nie przesłuchano strażnika, który pierwszy zobaczył ciało.
Od tragicznego dnia upłynęło wiele lat, a nadal nie zostali ukarani: ani zabójca lub zabójcy Henryka Zająca ani naczelnik Więzienia Karno-Śledczego w Gdańsku i jego zastępca do spraw polityczno-wychowawczych za zaniechanie prowadzenia dochodzenia.
Nie pierwsi i nie ostatni komunistyczni bandyci, których nie dosięgła ludzka sprawiedliwość.
Źródło: IPN, Republika
Dziękujemy, że przeczytałaś/eś nasz artykuł do końca.
Bądź na bieżąco! Obserwuj nas w Wiadomościach Google.
Jesteśmy na Youtube: Bądź z nami na Youtube
Jesteśmy na Facebooku: Bądź z nami na FB
Jesteśmy na platformie X: Bądź z nami na X