Strzelaj i czekaj na prokuratora, czyli kto obroni obrońców?
Rosyjski śmigłowiec zagląda nad Braniewo, na Lubelszczyźnie wyją syreny, a polski szeregowy od dwóch i pół roku ma na głowie sprawę karną za 12 strzałów na granicy, jego zdaniem ostrzegawczych. Pilot dostaje nowe procedury strzelania, ale jeśli coś pójdzie nie tak, i tak rozliczy go prokurator. Rząd w tym czasie wojuje z Trybunałem, prezydentem i telewizją, której nie lubi. Kto w takim państwie obroni obrońców?
W 52 roku przed Chrystusem Cyceron bronił w Rzymie Milona, którego ludzie zabili na Via Appia jego politycznego wroga Klodiusza. Linia obrony była prosta: napadnięty ma prawo się bronić i nie musi czekać na ustawę. Z tej mowy pochodzi słynne „Silent enim leges inter arma", czyli wśród szczęku oręża prawa milczą.
Mowa była znakomita, tyle że w tej wersji nikt jej w sądzie nie usłyszał. Pompejusz obstawił forum żołnierzami, zwolennicy Klodiusza wrzeszczeli, a największy mówca Rzymu się pogubił. Milona skazano, a on wyjechał na wygnanie do Massilii, dzisiejszej Marsylii. Kiedy Cyceron wydał potem mowę w wersji poprawionej, Milon miał mu odpisać, że to szczęście, iż jej nie wygłoszono. Inaczej nie jadłby w Marsylii tak znakomitych barwen.
W Polsce prawa wcale nie milczą. Odzywają się tylko trochę za późno: gdy żołnierz już strzelił, a pilot już odpalił rakietę.
„Tajna część uzasadnienia"
We wrześniu ubiegłego roku, w noc rosyjskich dronów nad Polską, rakieta wystrzelona z myśliwca F-35 trafiła w dom w Wyrykach-Woli na Lubelszczyźnie. Na szczęście nikt nie został ranny. Prokuratura badała sprawę równy rok i 10 września umorzyła śledztwo. Wojskowi działali w ramach obowiązków, a to według śledczych „pozakodeksowy kontratyp". A dlaczego rakieta poleciała w dom, a nie w drona? – Być może wyjaśnienia tej kwestii znajdują się w tajnej części uzasadnienia umorzenia – odpowiedział prokurator.
Pilot miał na decyzję sekundy. Prokuratura miała rok
23 września rosyjski Mi-8 zajrzał nad Braniewo. Wleciał na 300 metrów, posiedział u nas 42 sekundy i zniknął. Wojsko oceniło, że Rosja „po raz kolejny testuje gotowość naszej obrony powietrznej". Pięć dni później resort obrony ogłosił nowe procedury: pilot nie będzie już musiał podlatywać do intruza tak blisko, żeby go zobaczyć. Wystarczą m.in. odczyt radaru i informacje od Ukraińców.
Ryzyko pomyłki nie znika, przechodzi tylko z procedury na pilota. O tym, kogo wolno zestrzelić nad Polską, orzekał zresztą kiedyś Trybunał Konstytucyjny. Ten sam, którego wyroków rząd od wiosny 2024 roku nie ogłasza w Dzienniku Ustaw.
„Nie do przyjęcia"
25 marca 2024 roku w Dubiczach Cerkiewnych migranci rozgięli stalową barierę na granicy z Białorusią. Szeregowy Karol S. oddał 12 strzałów. Jego zdaniem ostrzegawczych, w powietrze. Zdaniem prokuratury wzdłuż drogi, w stronę grupy, w której byli też strażnicy graniczni i żołnierze. Kilka dni później Żandarmeria zatrzymała trzech żołnierzy, według Onetu w kajdankach.
Polska dowiedziała się o tym w czerwcu, akurat gdy w szpitalu umierał szeregowy Mateusz Sitek z tej samej brygady, którego migrant ugodził nożem przez przęsła zapory. Minister obrony Władysław Kosiniak-Kamysz ogłosił, że zatrzymanie żołnierzy „jest nie do przyjęcia". Rząd szybko napisał ustawę, która miała chronić mundurowych na granicy. Po drodze, na wniosek wiceministra obrony Cezarego Tomczyka, wypadł z niej przypadek siłowego przekroczenia granicy, a 14 posłów koalicyjnej Lewicy i tak głosowało przeciw. Kontratyp dla mundurowych, którzy na granicy bronią życia i zdrowia, zapisano jednak czarno na białym.
Co z tego miał szeregowy? W czerwcu 2025 roku prokuratura skierowała do sądu akt oskarżenia, a na procesie żądała pół roku ograniczenia wolności. W maju tego roku wojskowy sąd w Lublinie go uniewinnił. – Żołnierz wykonywał swoje zadanie zgodnie z obowiązkami – uzasadniał sędzia. W lipcu prokuratura złożyła apelację.
Minister obrony uznał zatrzymanie za „nie do przyjęcia". Prokuratura, którą kieruje minister sprawiedliwości z tego samego rządu, uznała, że do przyjęcia jest apelacja. Co pomyśli żołnierz, który jutro zobaczy rozginaną barierę? Że trzeba reagować, czy że najpierw trzeba zadzwonić do adwokata?
„Grzeczny już byłem"
Żołnierz chciałby przynajmniej wiedzieć, kto go rozliczy. Kto jest dziś prokuratorem krajowym? Zależy, kogo zapytać. Rząd mówi, że Dariusz Korneluk. Sąd Najwyższy w kolejnych orzeczeniach – że Dariusz Barski. Prezydent też uznaje Barskiego, a Korneluk mówił o prezydencie: „nie jest to dla mnie autorytet prawny".
W marcu 2024 roku Maciej Berek, ówczesny minister w rządzie Donalda Tuska, tłumaczył w TVP w likwidacji, że po uchwale Sejmu orzeczenia Trybunału „powinny być w systemie organów państwa tak naprawdę ignorowane". We wrześniu Sejm wybrał go na sędziego tego Trybunału. Prezydent nie przyjął od niego ślubowania, więc Berek zapowiada „kroki alternatywne" i przypomina, że funkcjonariusz publiczny „ma prawo domagać się wsparcia policji, jeśli czuje się zagrożony". Pod Trybunałem czuwają dziesiątki patriotów, którzy zapewniają, że nie dopuszczą do siłowego przejęcia. Wobec ciągłych pogróżek pytanie "Czy poleje się krew?" wydaje się całkowicie uzasadnione.
Minister sprawiedliwości Waldemar Żurek zapowiedział w RMF FM, że do prezesa Trybunału „dobierzemy się" w sposób zgodny z prawem. Po chwili sam uznał, że to słowo „nie jest odpowiednie": prezes ma po prostu „stanąć przed niezawisłym sądem". Sąd jest wtedy "niezwisły" kiedy wydaje wyroki zgodnie z oczekiwaniami rządu - o czym przekonaliśmy kolejny raz, kiedy Marcin Romanowski otrzymał list żelazny.
Z kolei premier Tusk niedawno mówił w Krakowie: – Grzeczny już byłem. [...] Z chuliganami nie będziemy grać w szachy. Dodał, że w młodości nabył „różnych umiejętności", które mogą się przydać w politycznej konfrontacji.
„Zachowaj spokój"
Rzecznik rządu Adam Szłapka ma swoją receptę na bezpieczeństwo informacyjne. Gdy w lipcu Republika podała informację o „kolejnym obiekcie wojskowym" w lesie pod Kołem, a obiekt okazał się balonem szkoleniowym z sojuszniczych ćwiczeń, rzecznik nie poprzestał na sprostowaniu. Zaapelował, żeby polegać „na komunikatach służb, a nie politykach przebranych za dziennikarzy". Wcześniej proponował, by stacja nadawała o sobie komunikat o „systemowej dezinformacji", a o wpłatach widzów mówił, że każda złotówka jest przeznaczona „na luksusowe życie pana Tomasza Sakiewicza".
A jak działają komunikaty służb? W noc dronów, we wrześniu 2025 roku, państwo postawiło na depeszę: wojsko przesłało informację Polskiej Agencji Prasowej, bo – jak tłumaczyło potem RCB – ta forma komunikacji „w związku z sytuacją i godzinami nocnymi będzie najrozsądniejsza". Wiadomo, że w każdy zaniepokojony silnikami dronów w środku nocy pierwsze co zrobi, to przeczyta depesze PAP w likwidacji. Pierwszy Alert RCB przyszedł o 7.00, kwadrans po tym, jak według premiera zestrzelono ostatniego drona: „Uwaga! W związku z operacją neutralizacji obiektów, które naruszyły granice RP, informuj służby o dronach lub miejscach ich upadku. Zachowaj spokój". Rzeczniczka MSWiA tłumaczyła, że nocny alarm wywołałby panikę, i pytała dziennikarza, czy pomyślał, jaka byłaby „reakcja połowy społeczeństwa".
W tym roku alerty przychodzą już na bieżąco, tylko nie zawsze do wszystkich. 10 września wysyłkę przerwano w trakcie, bo zagrożenie minęło. Część mieszkańców Lubelszczyzny i Podkarpacia dostała samo odwołanie alarmu, bez alarmu. Aplikacja, która obudzi wyciszony telefon, ma być gotowa do końca roku. Wiele osób zastanawia się tymczasem jak w ogóle zablokować Alerty RCB, które straszą ich opadami i wiatrem.
We wrześniu Republika miała według Nielsena 5,08 proc. udziału w widowni i była największą telewizją informacyjną. Rzecznik rządu mówi jej widzom, że oglądają dezinformację i finansują luksusy prezesa. Czy w noc, w której alert będzie naprawdę potrzebny, uwierzą rządowi na słowo?
„Czekamy na termin"
Cyceron przekonywał, że kto w chwili napaści czeka na prawo, ten najpierw poniesie niesprawiedliwą karę. Szeregowy Karol S. na prawo nie czekał. – Czekamy na termin rozprawy – mówi jego obrończyni.
Żołnierz i pilot mają dziś ustawy, kontratypy i procedury. Czy zrobili dobrze, i tak rozstrzygną prokurator i sąd. Po roku albo po dwóch, w trakcie których mogą zostać zawieszeni albo zwolnieni ze służby. Na zbrojenia wydajemy rekordowe pieniądze, ale zaufania żołnierza do państwa i obywatela do komunikatów służb nie kupi się z kredytu SAFE niezależnie od jego oprocentowania. W wojnie hybrydowej przeciwnik nie musi przebijać się przez pancerz. Wystarczy mu żołnierz, który zawaha się przed strzałem, pilot, który poczeka sekundę za długo, i obywatel, który nie uwierzy w alert.
Rosja od lat przekonuje Polaków, że państwo ich nie obroni. Czy rząd koalicji 13 grudnia naprawdę musi jej w tym ciągle pomagać?
Miłosz Manasterski
Źródło: Republika
Dziękujemy, że przeczytałaś/eś nasz artykuł do końca.
Bądź na bieżąco! Obserwuj nas w Wiadomościach Google.
Jesteśmy na Youtube: Bądź z nami na Youtube
Jesteśmy na Facebooku: Bądź z nami na FB
Jesteśmy na platformie X: Bądź z nami na X