Oni niczego nie podpisywali – felieton
W 1977 roku brytyjski pisarz David Irving obiecał tysiąc dolarów każdemu, kto pokaże mu wojenny dokument dowodzący, że Hitler nakazał zagładę Żydów albo choćby o niej wiedział. Dwadzieścia trzy lata później, w londyńskim procesie, adwokat strony przeciwnej zarzucił mu, że bez kartki z podpisem Führera nie chce wyciągać oczywistych wniosków. Irving zaprzeczał, że aż tak upraszcza sprawę, ale dowody pośrednie nadal uważał za niewystarczające. Rozkazu z podpisem nie znaleziono. Nie dlatego, że Zagłady nie było, tylko dlatego, że Führer takich papierów nie podpisywał. Raz, jesienią 1939 roku, podpisał upoważnienie do uśmiercania nieuleczalnie chorych (antydatowane na 1 września, żeby wszystko było jak należy); dwa lata później kazania biskupa von Galena przyczyniły się do oficjalnego wstrzymania akcji. Decyzje o Zagładzie przekazywano – jak przyjmują historycy – już ustnie. Sąd uznał Irvinga za negacjonistę, który naginał źródła do tezy; brak podpisu przekonał tylko jego samego.
Przypomniał mi się ten proces w ostatni weekend października, kiedy Trybunał Konstytucyjny zmieniał gospodarza. Według „Rzeczpospolitej" w piątek około 16.30 sędzia Anna Korwin-Piotrowska i pozostali sędziowie weszli do gmachu przez teren Kancelarii Premiera, za zgodą szefa KPRM Jana Grabca; prezes Święczkowski był akurat w delegacji w Belgradzie. Zarządzenia o odsunięciu prezesa i wiceprezesa Sochańskiego podpisała sędzia Korwin-Piotrowska – jako osoba zastępująca prezesa, którego tym samym podpisem dopiero odsuwała. Baron Münchhausen, jak wiadomo, wyciągnął się z bagna za własne włosy. Sędzia nazwała całość „stanem wyższej konieczności konstytucyjnej". Policja, wezwana jej pismem o zagrożeniu dla życia i zdrowia sędziów, „realizowała czynności ustawowe". Wnioski o uchylenie immunitetów skierował prokurator generalny Żurek, ten sam, który we wrześniu nie wykluczał, że „prawo będziemy przywracać za pomocą służb". Trzy dni później zwołane przez sędzię Zgromadzenie Ogólne uznało, że wystarczy osiem osób. Ustawa mówi o dwóch trzecich ogólnej liczby sędziów, a Konstytucja przewiduje ich piętnastu.
A premier? Premier niczego nie podpisał i niczego się nie wypiera. Wieczorem napisał na portalu X, że to „proces trudny, czasem bolesny i wymaga zdecydowanego działania" – kiedy sędziowie siedzieli już w gmachu, więc rozkazem to nie było. Było pokwitowaniem odbioru. Min. Kierwiński zaś pochwalił policjantów za profesjonalizm i spytał w telewizji: „Co w tym nadzwyczajnego, że budynków publicznych broni policja?". Nic, Panie Ministrze. Nadzwyczajne jest tylko to, przed kim: przed prezesem, którego do własnego gmachu nie wpuszczono.
W grudniu 2023 roku telewizję publiczną przejmował podpisem min. Sienkiewicz (TVP, na której antenie min. Kierwiński tak ładnie bronił policji, jest od tamtej pory spółką w likwidacji – u nas likwidacja, jak prowizorka, bywa stanem trwałym). Przy prokuraturze premier akurat podpisał: w marcu 2024 roku powołał prokuratora krajowego i usłyszał z Pałacu, że powołanie jest nieskuteczne. Nową KRS wybrał w maju Sejm, opierając się na sędziowskich prawyborach, o których ustawa milczy. Przy Trybunale podpisała już była sędzia Sądu Okręgowego w Opolu. Premier trzyma rękę na pulsie, ale nie na długopisie. W PRL nazywało się to telefonem z KC: najważniejsze polecenia nie trafiały do akt, a wszyscy wiedzieli, co robić. Ian Kershaw opisał podobny mechanizm w III Rzeszy formułą zapożyczoną od jednego z urzędników: pracować w kierunku Führera, czyli odgadywać, czego wódz sobie życzy. U nas nie trzeba było nawet zgadywać. Furtkę otworzyła Kancelaria Premiera.
Policja, trzeba przyznać, nie użyła pałek, a 3 listopada odmówiła sędzi „udrożnienia" wejść, bo zgromadzenie na Alei Szucha jest legalne. Mnie interesuje jednak coś innego: odpowiedzialność tych, którzy podejmują decyzje cudzymi rękami. Jeżeli brak podpisu oczyszcza, należy się reasumpcja wyroku w Norymberdze. Göring osobiście nikogo nie zastrzelił; podpisał tylko, w lipcu 1941 roku, pełnomocnictwo dla Heydricha do przygotowania „całkowitego rozwiązania kwestii żydowskiej" – zwykły dokument kadrowy. Ribbentrop we własnym mniemaniu tylko podpisywał umowy, w tym jedną, którą w Polsce wspominamy ze szczególnym sentymentem. Wychodzi na to, że w Norymberdze powieszono dziesięciu niewinnych ludzi. Sam Führer niepotrzebnie się pospieszył w bunkrze: wystarczyło poczekać na trybunał kierowany na mocy zarządzenia własnego autorstwa, a umorzenie z braku podpisu miałby w kieszeni.
Piłat umył ręce, ale o tabliczce nad krzyżem powiedział: co napisałem, napisałem. Nawet Stalin decyzję katyńską podpisał, i to zamaszyście. Dziś podpis to już przeżytek.
Podpisywał za to prezes Święczkowski: wydał na piśmie polecenie, by nie wpuszczać do gmachu osób, których nie uznaje za sędziów. Dyrektorka kancelarii i komendant straży, którzy je wykonali, usłyszeli zarzuty, a prezesowi prokurator generalny chce zdjąć immunitet.
Ja także ufunduję nagrodę: tysiąc złotych dla każdego, kto przyniesie dokument z podpisem premiera pod przejęciem Trybunału. Pieniądze są bezpieczne, jak u Irvinga. I, jak u Irvinga, niczego to nie dowodzi.
Źródło: Miłosz Manasterski, Republika
Dziękujemy, że przeczytałaś/eś nasz artykuł do końca.
Bądź na bieżąco! Obserwuj nas w Wiadomościach Google.
Jesteśmy na Youtube: Bądź z nami na Youtube
Jesteśmy na Facebooku: Bądź z nami na FB
Jesteśmy na platformie X: Bądź z nami na X
Najnowsze
Pracował w trakcie zwolnienia lekarskiego. Sędzia TK stawia się ponad prawem
KTO ODPOWIE I ZAPŁACI ZA ZAMACH STANU TUSKA?
Niemiecka protektorka Tuska uciekła przed Prezydentem Nawrockim. Von der Leyen bała się pytań dziennikarzy