Kapłan, błazen i marszałek, czyli lewica w polu
Leszek Kołakowski zaczynał od partyjnej propagandy, a skończył w Oksfordzie jako jeden z najważniejszych filozofów XX wieku. Włodzimierz Czarzasty zaczynał w PZPR, a dziś, jako druga osoba w państwie, opowiada wyborcom, gdzie i w jakich okolicznościach załatwiał potrzebę fizjologiczną. Z komunistami się nie zgadzaliśmy, ale mogliśmy się z nimi spierać. Jak spierać się z kimś, kto zszedł poniżej poziomu rozmowy?
W 1959 roku Kołakowski opublikował esej „Kapłan i błazen". Kapłan strzeże absolutu i gotowych odpowiedzi, błazen podważa to, co wszyscy uznają za oczywiste. Filozof opowiadał się za błaznem, bo tylko on potrafi zadać pytanie, którego władza nie chce usłyszeć. Błazen w tej opowieści nie jest wcale prostakiem. Na dworze to zwykle on okazuje się najinteligentniejszy.
21 września w Będzinie marszałek Sejmu dopisał do tej typologii trzecią postać. Wspominając podróż maluchem sprzed trzydziestu lat i 11 godzin na granicy czesko-austriackiej, oświadczył: „s...łem w polu, bo nie było po prostu kibli". Dorzucił „śmierdzące kible moczem" na stacjach benzynowych i wyznanie, że gdy słyszy, iż Unia Europejska jest złem, „to mi się rz...ać chce". Ci, którzy tak uważają, są według niego „z PiS-u", „z Konfederacji", „od Nawrockiego" albo są „idiotami".
Od „Nowych Dróg" do Oksfordu
Młody Kołakowski nie był niewinny. Do Polskiej Partii Robotniczej wstąpił jako nastolatek, w stalinowskich latach pisał do „Nowych Dróg", teoretycznego organu PZPR. W 1955 roku wydał „Szkice o filozofii katolickiej", w których zwalczał tomizm z pozycji marksistowskich. Był gorliwym neofitą systemu, który więził księży i fałszował historię.
A przecież właśnie ten człowiek przeszedł drogę, jakiej nie przeszedł nikt inny z jego pokolenia. Po 1956 roku stał się twarzą rewizjonizmu. 21 października 1966 roku wygłosił na Uniwersytecie Warszawskim wykład o dziesięcioleciu po Październiku i wyleciał z partii. W marcu 1968 roku stracił katedrę za poparcie studentów, a dwa lata później osiadł w All Souls College w Oksfordzie. W latach 1976–1978 paryski Instytut Literacki wydał jego trzytomowe „Główne nurty marksizmu", dzieło, które rozebrało komunistyczną doktrynę precyzyjniej niż jakikolwiek antykomunistyczny pamflet. W 2003 roku jako pierwszy odebrał Nagrodę Johna W. Klugego Biblioteki Kongresu.
Kołakowski nie był wyjątkiem. Zygmunt Bauman w latach 1945–1953 służył jako oficer polityczny w Korpusie Bezpieczeństwa Wewnętrznego, który walczył z podziemiem niepodległościowym, a według dokumentów ujawnionych przez IPN przez kilka lat współpracował z Informacją Wojskową. Po Marcu 1968 roku wyrzucony z uczelni, w Leeds stworzył pojęcie „płynnej nowoczesności", które weszło do słownika światowej socjologii. Jan Kott, stalinowski krytyk głoszący realizm socjalistyczny, napisał później „Szekspira współczesnego", książkę, która odmieniła teatr od Londynu po Nowy Jork. Nie bronię tych życiorysów. Zauważmy tylko, że ich bohaterowie intelektualnie rośli i potrafili z czasem zmierzyć się z własnymi błędami.
Paradoks jest przykry dla dzisiejszej lewicy. W najciemniejszych latach PRL lewicowe środowisko potrafiło wydać myślicieli światowej klasy, a najwybitniejszy z nich z propagandysty stał się sumieniem epoki. W wolnej Polsce, z unijnymi funduszami, stypendiami i otwartymi granicami, lewica wydała marszałka, który tłumaczy wartość integracji europejskiej obecnością sanitariatów.
Towarzysze, z którymi dało się rozmawiać
Mieczysław Rakowski był przeciwnikiem bez taryfy ulgowej. Ostatni komunistyczny premier PRL i ostatni I sekretarz PZPR w 1983 roku pouczał robotników Stoczni Gdańskiej. Owszem, reprezentował system, który Polacy odrzucili, ale przez 24 lata kierował „Polityką", pozostawił wielotomowe „Dzienniki polityczne", a jego żoną była skrzypaczka Wanda Wiłkomirska. Z Rakowskim można było się nie zgadzać w każdym punkcie. Nie trzeba było się za niego wstydzić przed obcokrajowcem.
Aleksander Kwaśniewski wyrósł z tego samego środowiska co Czarzasty. Obaj przeszli przez Zrzeszenie Studentów Polskich i krąg nazywany później Ordynacką. Kwaśniewski przez dziesięć lat reprezentował Polskę za granicą, prowadził ją do NATO i Unii Europejskiej, a jego żona Jolanta dla wielu Polaków do dziś uchodzi za wzór klasy i elegancji. Z prezydentem Kwaśniewskim prawica toczyła ostre spory. Były to jednak spory stron, które nadal mówiły tym samym językiem - polskim.
Najcelniejszą recenzję wystawił Czarzastemu człowiek z jego własnego obozu. Leszek Miller zapytał na X: „Panie Czarzasty, gdzie nie było kibli: na Ordynackiej? U pana w domu? Na Uniwersytecie?". I dodał, że robienie z własnej potrzeby fizjologicznej argumentu na rzecz Unii Europejskiej „to już gruba przesada".
„Tak zwany prezydent"
Będzin nie był wypadkiem przy pracy, lecz kulminacją. 15 września Czarzasty wezwał Karola Nawrockiego, by „abdykował z funkcji prezydenta", a w tej samej rozmowie w Radiu ZET stwierdził, że jeśli ktoś „nie jest w stanie intelektualnie tego objąć", powinien złożyć urząd. 19 września na konwencji Lewicy nazwał głowę państwa „facetem, który chce być królem, marszałkiem i premierem". 23 września, komentując zatrzymania CBA, mówił o „domniemanych pieniądzach za dostęp do prezydenta, tak zwany przez was prezydent w pakiecie".
Lekcja o intelektualnych kwalifikacjach w ustach człowieka, który kilka dni później dzieli się z publicznością wspomnieniami z pola, brzmi jak scena ze skeczu. Tyle że Sejm nie jest kabaretem. Marszałek Sejmu to druga osoba w państwie.
Czy z takim językiem da się jeszcze prowadzić spór? Czy można polemizować z kimś, kto przeciwników dzieli na „PiS", „Konfederację" i „idiotów"? I o czym właściwie dyskutować z polityką sprowadzoną do fizjologii? Rzecznik prezydenta Rafał Leśkiewicz nazwał Czarzastego „postkomunistycznym reliktem". Krzywdzi tym jednak postkomunistów. Relikty PRL pilnowały formy.
Równia pochyła
Dawna lewica miała swoją arystokrację ducha, choćby zbudowaną na fałszywych przesłankach. Miała eseistów i filozofów, którzy potrafili się mylić na wysokim poziomie.
Daniel Passent przez ponad sześćdziesiąt lat był związany z „Polityką", opublikował w niej setki felietonów, a od 2006 roku prowadził blog „En Passant". Tłumaczył Jamesa Baldwina i Martina Luthera Kinga, a jego złośliwość wymagała od czytelnika znajomości kontekstu. Krzysztof Teodor Toeplitz, człowiek władzy przy Okrągłym Stole, napisał scenariusz „Czterdziestolatka" i sportretował PRL-owskiego inżyniera Karwowskiego tak celnie, że Polacy oglądają to do dziś. Z żadnym z nich nie było nam po drodze. Ale felieton Passenta czy dialog Toeplitza był zawsze dobrze napisany.
Dzisiejsza lewica zastąpiła ich „płodziarzami", „facetami" i „kiblami". To ta sama droga w dół, na której kolejne pokolenie zna coraz mniej słów, a potrzebuje coraz silniejszych.
Kołakowski pisał, że kultura potrzebuje błazna, bo tylko on przypomina władzy o jej śmieszności. Czarzasty dał nam błazenadę bez błazna: dworską rubaszność bez inteligencji, która ją usprawiedliwia. Z Rakowskim I Kwaśniewskim można było spierać się o wszystko. Z Czarzastym już nie ma jak się spierać.
Pozostaje pytanie, które lewica powinna zadać sobie sama. Jeśli w PRL potrafiła wychować Kołakowskiego, to dlaczego w wolnej Polsce wychowała Czarzastego? I czy ktoś w jej szeregach zauważył, że to ona została w polu?
Miłosz Manasterski
Dziękujemy, że przeczytałaś/eś nasz artykuł do końca.
Bądź na bieżąco! Obserwuj nas w Wiadomościach Google.
Jesteśmy na Youtube: Bądź z nami na Youtube
Jesteśmy na Facebooku: Bądź z nami na FB
Jesteśmy na platformie X: Bądź z nami na X