Bruksela nas nie słucha, bo wie, że nigdy nie wyjdziemy
Pewien stary adwokat, który rozwiódł pół Saskiej Kępy i drugie tyle pogodził, mawiał, że w małżeństwie najsłabszą pozycję ma ten, kto przysięga, że nie odejdzie, cokolwiek się stanie. Od tej chwili może się bowiem stać wszystko. Przypomniała mi się ta maksyma w czwartek rano, kiedy czytałem, co polska polityka zrobiła z jednym zdaniem wypowiedzianym dzień wcześniej w Krynicy.
Prezes PiS wyliczał tam sposoby na przebudowę Unii – od nacisku parlamentów narodowych po nowy traktat państw, które chcą zmian – i na samym końcu doszedł do przepisów o wystąpieniu ze Wspólnoty. Powiedział przy tym rzecz, z punktu widzenia negocjatora elementarną: „To wszystko zaczyna się od rokowań". Sam ocenił ją bez złudzeń: „Twarda metoda, ryzykowna". I zastrzegł, że sięga się po nią na samym końcu, „jeśli by te inne nie dały rezultatu". Nazajutrz p. premier obwieścił na X, że Jarosław Kaczyński ogłosił, iż „Polska powinna zacząć rokowania o warunkach wyjścia z Unii Europejskiej". Ogłosił, czyli – jak wynika z zapisu wystąpienia – wymienił jako ostatnią z kilku metod, pod warunkiem, który w jednym wpisie się nie zmieścił.
Wicepremier Radosław Sikorski poszedł krok dalej („A więc jednak chcą Polexit") i wyliczył skutki: „Granicy celnej z Niemcami, Czechami, Słowacją i Litwą. Kontroli paszportowych na lotniskach". Chór koalicyjny podjął melodię i do wieczora śpiewał już tylko refren. Owszem, minister wylicza realne koszty, choć raczej twardego rozwodu niż każdego (Norwegowie i Szwajcarzy żyją poza Unią, ale w strefie Schengen, i paszportów na granicy nie pokazują). Kto pamięta celników, którzy o zawartości walizki wiedzieli więcej niż jej właściciel, ten do tamtych czasów nie tęskni, a rozwód z Unią na pewno byłby drogi, bolesny i długi. Ale właśnie dlatego groźba rozwodu cokolwiek waży: Unia bez Polski to Unia bez jednego z kluczowych państw wschodniej flanki, bez jednego z największych rynków i bez kraju, który strzeże ważnego odcinka jej granicy z Białorusią. Groźba, która nic nie kosztuje, nic też nie jest warta.
Przysięga bezwarunkowej wierności ma swoje miejsce – przed ołtarzem, nie przy stole negocjacyjnym. Kto ogłasza, że z Unii nie wyjdzie nigdy i za żadną cenę, ten nie negocjuje, tylko błaga o litość. Przypomina najemcę, który oznajmia właścicielowi, że nie wyprowadzi się bez względu na czynsz, choćby sąsiedzi z góry co noc urządzali prywatki, a z sufitu sypał się tynk. Właściciel nie musi być potworem, wystarczy, że umie liczyć: czynsz pójdzie w górę, a sufitu nikt nie naprawi. Starsi Czytelnicy pamiętają zresztą przyjaźń „na wieczne czasy" z pierwszomajowych transparentów i wiedzą, że deklaracje bezwarunkowe mierzą nie siłę uczucia, lecz układ sił.
Groźba wymaga jednak pokrycia, zwłaszcza że art. 50 traktatu formalnie nie zaczyna się od rokowań, tylko od notyfikacji zamiaru wyjścia; rozmowy przychodzą potem. Notyfikację da się co prawda wycofać, co orzekł Trybunał w Luksemburgu, ale to już nie negocjowanie czynszu, tylko wypowiedzenie najmu. Amerykańscy negocjatorzy mają na to skrót BATNA, czyli – mówiąc po prostu – co zrobię, jeśli wstanę od stołu z niczym. Duńczycy w 1992 r. odrzucili w referendum traktat z Maastricht i po pół roku mieli w kieszeni cztery wyłączenia; Irlandczycy odrzucili traktat lizboński i wywalczyli – dla siebie i dla wszystkich – zasadę „jeden kraj, jeden komisarz". Co prawda był też David Cameron, który tak długo wymachiwał referendum jak rewolwerem, aż postrzelił się w stopę; tyle że Cameron planu B nie miał, bo jego rząd świadomie go nie przygotował. Plan B to nie hasło na wiec, tylko rachunek – handel, granice, pieniądze, bezpieczeństwo – a kto go nie policzy, ten blefuje. Blef zaś w Brukseli rozpoznają szybciej niż w Monte Carlo.
Że taki rachunek jest potrzebny, najlepiej widać z naszej części kontynentu. Przez lata Warszawa, Wilno, Ryga i Tallin grały przy Nord Stream 2 rolę Kasandry, a Berlin – choć od 2018 r. przyznawał już, że to nie tylko interes – bronił gazociągu aż do lutego 2022 r., kiedy okazało się, kto znał Rosję lepiej; w maju 2024 r. pakt migracyjny przyjęto mimo sprzeciwu m.in. Polski i Węgier; w styczniu tego roku Rada upoważniła do podpisania umów z Mercosurem mimo sprzeciwu Polski, Francji, Austrii, Irlandii i Węgier – wystarczyło, że Włochy dostały dodatkowe gwarancje dla rolników – a część handlowa od maja jest tymczasowo stosowana i nie wymaga ratyfikacji przez parlamenty narodowe, bo należy do wyłącznych kompetencji Unii; w sprawie ETS2 prosiliśmy o trzy lata odroczenia, dostaliśmy rok. Głos jest. Słuchu brak.
Można Komisję Europejską krytykować albo jej bronić, można program z Krynicy uważać za śmiały albo za przesadzony – nie trzeba go podzielać w całości, żeby zgodzić się z jego najprostszym zdaniem. Unia nie jest miłością życia, tylko związkiem z rozsądku, i to dobrym, bo daje nam bezpieczeństwo i dobrobyt, jakich dawno nie mieliśmy. Ale związek, w którym jedna strona o wszystkim decyduje, a druga zapewnia, że nigdy nie odejdzie, psychologowie nazywają dziś toksycznym; dawniej mówiło się prościej: pod pantoflem. Im bardziej chcemy w Unii zostać, tym twardziej musimy się jej stawiać. Najtrwalsze są bowiem te związki, w których obie strony wiedzą, gdzie są drzwi – i obie wolą z nich nie korzystać.
Źródło: Miłosz Manasterski, Republika
Dziękujemy, że przeczytałaś/eś nasz artykuł do końca.
Bądź na bieżąco! Obserwuj nas w Wiadomościach Google.
Jesteśmy na Youtube: Bądź z nami na Youtube
Jesteśmy na Facebooku: Bądź z nami na FB
Jesteśmy na platformie X: Bądź z nami na X
Najnowsze
42 lata temu wyłowiono ciało ks. Jerzego Popiełuszki - zamordowanego przez komunistycznych bandytów
„Konstytucja nie zna neosędziów”. Sędzia ostro do rzecznika KRS
Na miejscu katastrofy w Hiszpanii wciąż szukają...