Czy Irkuck może być „Czarnobylem” Putina? Kazachstan i Kirgistan już kontrolują granice
Rosyjskie władze podają sprzeczne informacje o śmierci Darii Szipiłowej, laborantki instytutu zwalczania dżumy w Irkucku. Prasa pisze o zakażeniu Yersinia pestis po stłuczeniu probówki, Rospotrebnadzor zaprzecza wypadkowi i ognisku. Newsweek porównuje tę wojnę informacyjną do Czarnobyla z 1986 roku i do pierwszych tygodni pandemii w Wuhanie: świat znów ma składać obraz z przecieków, bo oficjalna wersja jest niepełna.
Czterdzieści lat po Czarnobylu Moskwa prowadzi kolejną bitwę o przekaz. Tym razem nie chodzi o rdzeń reaktora, tylko o możliwy incydent biologiczny na Syberii. Według doniesień rosyjskiej prasy Daria Szipiłowa, laborantka instytutu w Irkucku zajmującego się bezpieczeństwem biologicznym i zwalczaniem bioterroryzmu, miała umrzeć na dżumę płucną po stłuczeniu probówki z bakterią Yersinia pestis. Dokument opublikowany na stronie instytutu w listopadzie 2022 roku wskazuje, że Y. pestis jest jednym z patogenów badanych w placówce.
Kalendarz podany przez prasę jest krótki. Szipiłowa miała dostać objawów zapalenia płuc i 29 września trafić do szpitala w Szelechowie pod Irkuckiem. 1 października oddział objęto kwarantanną. 2 października kobieta zmarła. Władze odmawiają szczegółów i podają wersje, które się nie spinają.
Rospotrebnadzor, urząd zdrowia publicznego, twierdzi, że pracownik instytutu miał „zapalenie płuc o nieustalonej etiologii”. Komisja badająca zasady biosafety nie stwierdziła sytuacji nadzwyczajnej z udziałem patogenów w laboratorium, w którym pracowała. Druga komisja, wysłana przez szefową służby Annę Popową, doszła do tego samego wniosku, ale bez dowodów i bez opisu ustaleń.
Inni urzędnicy dolewają wątpliwości. Gubernator obwodu irkuckiego Igor Kobzew mówił o śledztwie w sprawie możliwej „skrajnie niebezpiecznej infekcji”, bez diagnozy. Gubernator sąsiedniej Buriacji Aleksiej Cydenow napisał o kobiecie, która zmarła „na dżumę”, a potem poprawił wpis na „być może”. Urzędnicy Bajkalska na Telegramie odradzali wyjazdy do Szelechowa z powodu doniesień o dżumie. Ostrzeżenie zniknęło.
Newsweek przypomina, że świat dowiedział się o Czarnobylu, bo wiatr „zdradził” ZSRR. Promieniowanie z zniszczonego reaktora wykryli specjaliści elektrowni Forsmark w Szwecji, którzy najpierw bali się awarii u siebie. Bez Szwecji i innych krajów skandynawskich ujawnienie mogło zająć tygodnie albo miesiące. Poza ponad 30 pracownikami i strażakami, którzy zginęli od wybuchu albo napromieniowania, setki tysięcy ludzi przesiedlono, a wielu zachorowało później na raka tarczycy.
Tamtego monopolu na informację już nie ma. FSB i Roskomnadzor nadal trzymają dużą część rosyjskiego internetu, ale wpisy z Irkucka, Buriacji i Bajkalska zdążono zapisać, zanim je skasowano albo poprawiono.
Kazachstan poinformował, że monitoruje sytuację, prowadzi kontrole sanitarne na granicy z Rosją i ocenia ryzyko rozprzestrzenienia choroby zakaźnej. Podobne kroki podjął Kirgistan. Żaden z tych krajów nie twierdzi, że w Rosji jest ognisko dżumy. Oba wolą ostrożność, zanim wersje się wyjaśnią. Waszyngton, razem z CDC, też śledzi sprawę i domaga się od rosyjskich władz „precyzyjnych informacji, jak najszybciej i otwarcie”.
Rządy nie powinny składać oceny możliwego zagrożenia biologicznego z prasowych relacji, sprzecznych wypowiedzi polityków i ostrzeżeń, które ktoś publikuje, a potem kasuje. Jeśli wypadku i dżumy nie było, Rospotrebnadzor powinien to pokazać. Jeśli władze same nie są pewne, nie powinny tego chować.
Tekst przywołuje też początek COVID-19. Gdy Wuhan przyznał się do pierwszych 27 przypadków zapalenia płuc o nieznanej przyczynie, zapewniano, że wirus nie przenosi się między ludźmi i że nikt z personelu medycznego się nie zaraził. Policja ścigała ludzi podejrzanych o „plotki”. Wśród nich był Li Wenliang, który na medycznej grupie WeChat rozesłał raport o ognisku. Dostał oficjalne upomnienie i wrócił do pracy. Miesiąc później nie żył, a świat miał pandemię.
Nawet jeśli dżuma płucna zostałaby potwierdzona, Y. pestis w zwykłych warunkach przenosi się między ludźmi znacznie trudniej niż SARS-CoV-2, zwykle przy bliskim kontakcie z dużymi kropelkami z dróg oddechowych. To nie zwalnia rosyjskich władz z obowiązku pokazania, że „wszystko jest pod kontrolą”, jak twierdzą. Irkuck nie musi stać się nowym Czarnobylem ani Wuhanem. Moskwa nie powinna jednak liczyć, że świat pozna prawdę tak jak w 1986 roku: przypadkiem i wbrew urzędnikom.
Źródło: Republika
Dziękujemy, że przeczytałaś/eś nasz artykuł do końca.
Bądź na bieżąco! Obserwuj nas w Wiadomościach Google.
Jesteśmy na Youtube: Bądź z nami na Youtube
Jesteśmy na Facebooku: Bądź z nami na FB
Jesteśmy na platformie X: Bądź z nami na X