Gdy gospodarka się sypie, Carney wyciąga kartę obcej ręki – tym razem nie Rosji
Rząd federalny Marka Carneya ostrzegł Quebec przed rzekomą amerykańską ingerencją w wybory 5 października, powołując się na dokumenty think tanku DARC. W tle jest coś prostszego: Quebekczycy i Albertanie mają dość warunków życia, a liberałowie nie chcą oddać narracji. Gdy sondaże i nastroje nie idą po ich myśli, wraca stary numer – straszenie obcą ręką.
Ottawa poinformowała rząd Quebecu, że Stany Zjednoczone miałyby wspierać separatystyczną Partię Quebeku (PQ) przed wyborami do Zgromadzenia Narodowego 5 października. Relację jako pierwsza podała telewizja TVA Nouvelles i „Journal de Montréal”. Wysoki urzędnik z Quebecu miał na początku września spotkać się z przedstawicielem rządu federalnego. Telefonów nie wolno było wnosić. Przekazano mu materiały amerykańskiego think tanku Defense Analyses and Research Corporation (DARC).
Dokumenty DARC opisują „ukryte” wsparcie dla PQ: pieniądze, operacje psychologiczne podsycające separatyzm w Quebecu i Albercie oraz zakulisowe rozmowy o niższych cłach dla Quebecu niż dla reszty Kanady. Biuro premiera Carneya nie zaprzeczyło relacji. Oświadczyło tylko, że rząd „bierze bardzo poważnie zagraniczną ingerencję” i że Kanadyjczycy muszą ufać bezpieczeństwu wyborów. Minister spraw zagranicznych Anita Anand przyznała jednak, że „na razie nie widziała dowodów”.
Premier Quebecu Christine Fréchette ogłosiła, że jest „bardzo zaniepokojona” i poprosiła Carneya o spotkanie.
Wyłącznie mieszkańcy Quebecu powinni decydować o przyszłym rządzie – powiedziała.
To wygodna formuła. W praktyce federalni liberałowie od tygodni pompują do prowincji ogłoszenia i pieniądze tuż przed głosowaniem. Lider PQ Paul St-Pierre Plamondon już na początku września oskarżył Ottawę o największą federalną ingerencję od referendum 1995 roku. Teraz stolica kraju odwraca wektor: winni mają być Amerykanie.
Ten sam schemat wraca w Albercie. 19 października mieszkańcy głosują w referendum, którego jedno z pytań dotyczy rozpoczęcia procedury pod przyszły plebiscyt secesyjny. Piątkowy sondaż Janet Brown dla CBC pokazuje 72 proc. za pozostaniem w Kanadzie i 23 proc. za uruchomieniem procesu secesji. Władza federalna i sprzyjające jej media traktują nawet taki wynik jak zagrożenie. Kilku amerykańskich republikanów otwarcie sympatyzowało z albertańskimi separatystami. Dla Ottawy to wystarczy, by mówić o obcej grze. Dla wielu mieszkańców Zachodu problemem nie jest DARC, tylko ceny, cła, energia i poczucie, że federacja ich doi, a nie broni.
Kanadyjczycy od miesięcy żyją w cieniu wojny handlowej z administracją Trumpa, drożyzny i zmęczenia centralą. Liberałowie Carneya wygrali poprzednią federacyjną kampanię między innymi na strachu przed Waszyngtonem. Teraz, gdy w Quebecu PQ długo prowadziło, a w Albercie separatyzm nie znika mimo słabszych sondaży, wraca ta sama metoda: nie debatować o przyczynach gniewu, tylko nazwać go produktem obcej operacji. Najpierw Rosja, teraz USA. Dowodów na realną, udowodnioną operację wyborczą na razie nie pokazano. Pokazano za to dokumenty think tanku i polityczny alarm.
Fréchette chce, by „wyszła na jaw cała prawda”. Pytanie brzmi, czy Ottawa chce prawdy o amerykańskim think tanku, czy raczej odwrócić uwagę od tego, że wyborcy mogą wybrać inną władzę niż ta, której życzy sobie centrum.
Źródło: Republika
Dziękujemy, że przeczytałaś/eś nasz artykuł do końca.
Bądź na bieżąco! Obserwuj nas w Wiadomościach Google.
Jesteśmy na Youtube: Bądź z nami na Youtube
Jesteśmy na Facebooku: Bądź z nami na FB
Jesteśmy na platformie X: Bądź z nami na X