Przyczyny i rozwój konfliktu w Iranie – jak reżim w Teheranie doprowadził do wojny?
Od kilkudziesięciu lat Islamska Republika Iranu pozostaje w stanie permanentnej konfrontacji z cywilizowanym światem. Przywódcy w Teheranie jawnie głoszą nienawiść wobec Zachodu – Stany Zjednoczone ochrzczono mianem „Wielkiego Szatana”, a Izraelowi regularnie grożono całkowitą zagładą. Ta fanatyczna wrogość ideologiczna, w połączeniu z agresywną ekspansją wpływów i programem nuklearnym Iranu, doprowadziła ostatecznie do otwartego konfliktu z koalicją Stanów Zjednoczonych i Izraela. Obecna eskalacja – wspólne uderzenie sił amerykańsko-izraelskich na irańskie cele wojskowe – jest kulminacją lat narastających napięć, za które pełną odpowiedzialność ponosi autorytarny reżim ajatollahów w Teheranie.
Reżim terroru i atomowe ambicje Iranu
Irańska rewolucja islamska z 1979 roku ustanowiła teokratyczną dyktaturę, która od początku eksportuje destabilizację i przemoc. Teheran zasłynął jako główny sponsor światowego terroryzmu – według rządu USA to właśnie Iran pozostaje „największym państwowym sponsorem terroryzmu”, wydając ponad miliard dolarów rocznie na finansowanie grup zbrojnych. Pod parasolem formacji Korpusu Strażników Rewolucji Islamskiej (IRGC) i jednostki Quds, Iran zbudował sieć proxy rozsianych po całym Bliskim Wschodzie. To liczne organizacje – od libańskiego Hezbollahu, przez palestyński Hamas, po bojówki Huti w Jemenie i milicje szyickie w Syrii oraz Iraku. Łącznie nawet 140–185 tysięcy bojowników w regionie pozostaje na usługach Teheranu, realizując jego hegemoniczne ambicje i siejąc chaos wśród sąsiadów. Departament Stanu USA szacuje, że Iran wydał ponad 16 mld USD na wsparcie reżimu Assada w Syrii i innych swoich pełnomocników w latach 2012–2020. Tylko Hezbollah w Libanie otrzymywał rocznie setki milionów dolarów irańskich funduszy. Te inwestycje w terror przyniosły krwawe żniwo. Nic dziwnego, że Izrael – cel irańskich gróźb i ataków – od dawna traktuje irański reżim jako egzystencjalne zagrożenie. Przywódcy izraelscy wielokrotnie podkreślali, że posiadanie broni jądrowej przez tak agresywne państwo jak Iran byłoby niedopuszczalne, bo fundamentalnie zachwiało by to bezpieczeństwem regionu i samo istnienie Izraela stanęłoby pod znakiem zapytania.
Kluczowym źródłem napięć stał się właśnie irański program nuklearny. Od lat 50. XX wieku Iran rozwijał technologię jądrową rzekomo w celach cywilnych, lecz wielokrotnie przyłapywano go na ukrywaniu istotnych elementów programu przed międzynarodowymi inspektorami. Już w 2006 roku Rada Bezpieczeństwa ONZ nałożyła pierwsze sankcje, żądając wstrzymania wzbogacania uranu. Mimo to Teheran uparcie kontynuował prace. Kulminacją dyplomatycznych wysiłków był podpisany w 2015 roku układ nuklearny (JCPOA), który miał ograniczyć program atomowy Iranu – m.in. redukując zapasy wzbogaconego uranu o 98% na 15 lat i dopuszczając rygorystyczne inspekcje. W zamian Iran uzyskał zniesienie dotkliwych sankcji i dostęp do około 100 mld dolarów zamrożonych aktywów. Porozumienie okazało się jednak dziurawe. Teheran nigdy nie zaniechał rozwoju rakiet balistycznych zdolnych przenosić głowice jądrowe, a uwolnione fundusze zasiliły jego wojenną machinę na Bliskim Wschodzie.
Prezydent USA Donald Trump od początku krytykował układ z 2015 r. jako naiwność Zachodu wobec islamskiej tyranii. W 2018 roku wycofał Stany Zjednoczone z porozumienia i nałożył na Iran ponowne sankcje w ramach strategii „maksymalnej presji”. Uderzyło to w irańską gospodarkę boleśnie – kraj pogrążył się w najgłębszym kryzysie ekonomicznym od 40 lat, a eksport ropy spadł o ponad połowę. Choć sankcje miały przywieść Teheran do rozsądku i nowego, lepszego układu, irańskie władze odpowiedziały agresją. Irańska Gwardia Rewolucyjna została uznana przez USA za organizację terrorystyczną, a wiosną 2019 roku seria tajemniczych ataków na tankowce w Zatoce Perskiej – jednoznacznie przypisywanych Irańczykom – potwierdziła, że reżim próbował zaszantażować świat destabilizacją rynku ropy. Iran posunął się nawet do zestrzelenia amerykańskiego drona strategicznego nad cieśniną Ormuz w czerwcu 2019 r., na co Trump odpowiedział cyberatakiem i dodatkowymi sankcjami. Najbardziej spektakularnym uderzeniem amerykańskim było jednak wyeliminowanie generała Kasema Sulejmaniego – herszta Sił Quds i architekta polityki terroru – który zginął od amerykańskiego drona w styczniu 2020 roku. Ta decyzja Trumpa odcięła głowę irańskiemu aparatowi ekspansji, lecz reżim w odwecie ogłosił, że nie będzie już przestrzegał żadnych ograniczeń swojego programu nuklearnego. Od tego momentu Teheran zaczął szybkie wzbogacanie uranu do poziomów znacznie przekraczających limity umowy, przybliżając się krok po kroku do progu budowy bomby.
Od proxy do otwartej wojny, drabina eskalacji na Bliskim Wschodzie
W kolejnych latach polityka Teheranu doprowadziła do pożaru w całym regionie. Iran konsekwentnie dozbrajał i podżegał swoich pełnomocników do ataków na sojuszników USA i Izraela. Gdy w październiku 2023 roku grupa Hamas rozpętała wojnę z Izraelem, wspierane przez Iran milicje szyickie odpowiedziały ponad dwustoma atakami rakietowymi i dronowymi na obecne w Iraku i Syrii siły amerykańskie oraz izraelskie. Stany Zjednoczone nie pozostały bierne – przeprowadziły naloty odwetowe na bazy proirańskich bojowników w tych krajach. Na północy do akcji ruszył Hezbollah, zaś na Morzu Czerwonym – jemeńscy Huti, ostrzeliwując okręty i pogłębiając groźbę rozlania konfliktu na całą Bliskowschodnią arenę. W roku 2024 izraelsko-irańska konfrontacja przestała być już tylko zastępcza – doszło do bezpośrednich starć między państwami. 1 kwietnia 2024 izraelskie lotnictwo zaatakowało w Damaszku obiekty używane przez Irańczyków, eliminując m.in. dwóch generałów IRGC. Teheran odpowiedział zuchwałym ostrzałem – ponad 300 dronów i rakiet spadło na Izrael, po raz pierwszy Iran otwarcie zaatakował terytorium państwa żydowskiego własnymi siłami. Gdy następnie izraelskie służby zlikwidowały liderów Hamasu i Hezbollahu, irańskie władze wystrzeliły około 180 rakiet balistycznych w kierunku izraelskich miast (październik 2024).
Tel Awiw nie pozostawił tego bez odpowiedzi – izraelskie wojsko przeprowadziło wówczas największą w historii bezpośrednią operację przeciw Iranowi, bombardując irańskie systemy obrony powietrznej oraz fabryki rakiet i dronów. W tym samym czasie załamał się reżim Baszara al-Asada w Syrii (sojusznika Iranu), a czołowe organizacje terrorystyczne wspierane przez Teheran poniosły dotkliwe straty. Irańskie mocarstwowe plany zaczęły się chwiać, a izolowany reżim znalazł się w defensywie u granic własnego terytorium.
Na początku 2025 roku na scenę wrócił Donald Trump – tym razem z jeszcze silniejszą determinacją, by dokończyć dzieła powstrzymania Iranu. Nowa amerykańska administracja natychmiast przywróciła politykę maksymalnej presji na Teheran, utrzymując bolesne sankcje, a jednocześnie podjęła – z pozoru – wątek dyplomatyczny, zgadzając się na pośrednie rozmowy z Iranem o jego atomie. Izrael od początku patrzył sceptycznie na te negocjacje, obawiając się że dadzą one Iranowi jedynie czas na dalsze potajemne prace jądrowe. Rząd premiera Netanjahu otwarcie deklarował, że nie pozwoli Iranowi zyskać broni nuklearnej i w razie fiaska dyplomacji sięgnie po rozwiązanie siłowe. W czerwcu 2025 stało się jasne, że obawy były słuszne: Międzynarodowa Agencja Energii Atomowej (MAEA) ogłosiła 12 czerwca, iż Iran rażąco łamie swoje zobowiązania i potajemnie wzbogaca uran, naruszając traktat o nierozprzestrzenianiu broni jądrowej. Co więcej, Teheran w odpowiedzi przechwalał się uruchomieniem nowej tajnej instalacji wzbogacania. To przelało czarę goryczy. Już następnego dnia, 13 czerwca 2025, Izrael przeszedł do działania – przeprowadził jednostronny, prewencyjny atak na irańskie obiekty jądrowe i wojskowe. Fala izraelskich rakiet i bomb uderzyła m.in. w ośrodki atomowe oraz zakłady produkcji pocisków, a także w wysokich rangą członków Korpusu Strażników Rewolucji i naukowców pracujących nad projektem nuklearnym. Netanjahu nazwał tę operację desperackim, ale koniecznym „ostatnim środkiem”, by zatrzymać Teheran przed pozyskaniem bomby. Dla Iranu był to casus belli – szef irańskiego MSZ ogłosił izraelskie naloty „aktem wojny”. W odwecie z terytorium Iranu w kierunku izraelskich miast w ciągu kilku godzin poszybowały dziesiątki pocisków balistycznych i roje uzbrojonych dronów. Spadły one m.in. na Tel Awiw, powodując ofiary wśród cywilów. Bliski Wschód stanął w obliczu pełnoskalowego konfliktu, jakiego dotąd starano się za wszelką cenę uniknąć.
Trump uderza po raz pierwszy – „wojna dwunastodniowa” w 2025 roku
Przez kilkanaście dni czerwca 2025 świat obserwował bezprecedensową wymianę ciosów między Iranem a Izraelem. Izrael, choć dysponuje jedną z najlepszych armii na świecie, nie mógł samodzielnie zneutralizować całego potencjału Iranu – zwłaszcza głęboko ukrytych instalacji nuklearnych, jak podziemny ośrodek Fordo. Po niespełna tygodniu intensywnych starć, Stany Zjednoczone zdecydowały się stanąć ramię w ramię z Izraelem na polu walki. 21 czerwca amerykańskie siły zbrojne, z osobistej decyzji Prezydenta Trumpa, dokonały skoordynowanego uderzenia na kluczowe elementy irańskiego programu atomowego – bombowce USA zrzuciły potężne „bunker-bustery” na zakłady wzbogacania uranu w Natanz, Fordo oraz Isfahanie. Był to moment historyczny. Donald Trump stał się pierwszym w dziejach Prezydentem USA, który rozkazał bezpośrednio zaatakować obiekty nuklearne innego państwa. Zarazem po raz pierwszy Ameryka jawnie przyłączyła się do izraelskiej operacji zbrojnej przeciw wspólnemu przeciwnikowi. Skala nalotów USA wywołała w Teheranie szok – zrujnowane zostały lata irańskich inwestycji w projekt atomowy. Trump oznajmił, że ataki USA znacząco cofnęły zdolność Iranu do produkcji wzbogaconego uranu (według obserwatorów program został odrzucony o wiele miesięcy do tyłu). Amerykański Prezydent nie krył dumy z pracy swoich i izraelskich pilotów, a świat usłyszał od niego jasne ostrzeżenie. Każdy kolejny krok Iranu ku broni jądrowej spotka się z jeszcze silniejszą reakcją.
Po zmasowanych nalotach amerykańsko-izraelskich irański reżim próbował uderzyć z powrotem. 23 czerwca rakiety balistyczne wystrzelone z terytorium Iranu pomknęły w stronę bazy Al-Udeid w Katarze, gdzie stacjonują wojska USA. Na szczęście systemy antyrakietowe zadziałały skutecznie – wszystkie pociski strącono, a w ataku nikt nie zginął. Jeszcze tego samego dnia prezydent Trump ogłosił jednostronne zawieszenie broni, dając do zrozumienia, że osiągnięto zamierzone cele i dalszy rozlew krwi nie jest potrzebny. Wojna dwunastodniowa – jak okrzyknięto trwający 12 dni konflikt – dobiegła końca, a jej bilans unaocznił nierównowagę sił. Po stronie irańskiej zginęło co najmniej 1000 osób, głównie wojskowych związanych z programem nuklearnym i członków IRGC, choć były też ofiary cywilne. Izrael stracił w tym czasie 31 obywateli, co pokazywało skuteczność jego obrony przeciwrakietowej (system „Żelazna Kopuła” zdołał przechwycić znaczną część pocisków kierowanych na miasta). Teheran musiał przełknąć gorzką pigułkę porażki – jego najcenniejsze instalacje zostały zniszczone lub poważnie uszkodzone, a bliskowschodnie mocarstwowe zapędy brutalnie sprowadzone na ziemię.
Zawieszenie broni nie oznaczało jednak końca konfliktu – raczej chwilę wytchnienia przed kolejnym aktem dramatu. Irański reżim, choć upokorzony, nie zamierzał się ugiąć. 2 lipca 2025 irański parlament pod przewodnictwem prezydenta Masuda Pezeszkiana uchwalił prawo zrywające wszelką współpracę z inspektorami MAEA – od tej pory kontrolerzy Agencji zostali wyrzuceni z irańskich obiektów nuklearnych. Iran zapowiadał, że będzie kontynuować wzbogacanie uranu tak szybko, jak tylko odbuduje uszkodzone zakłady, otwarcie lekceważąc społeczność międzynarodową. Władze w Teheranie nie cofnęły się też przed eskalacją represji wewnętrznych. Po wojnie masowo aresztowano własnych obywateli – nawet 21 tysięcy osób trafiło do więzień pod zarzutem rzekomej kolaboracji lub defetyzmu podczas konfliktu z Izraelem. Reżim chciał w ten sposób zastraszyć społeczeństwo i zdławić w zarodku ewentualny bunt, wiedząc doskonale, że prestiż władzy mocno ucierpiał. Co istotne, nawet europejskie mocarstwa dotąd skłonne do dialogu z Iranem straciły cierpliwość. Pod koniec sierpnia 2025 Wielka Brytania, Francja i Niemcy wspólnie uruchomiły mechanizm przywracający sankcje ONZ na Iran – po raz pierwszy od dekady zdecydowano się na tak drastyczny krok, przyznając de facto, że irańskie władze złamały warunki dawnego układu i stanowią realne zagrożenie.
W kolejnych miesiącach Iran izolował się coraz bardziej. Z jednej strony pod groźbą sankcji zgodził się w sierpniu 2025 na wznowienie rozmów dot. programu nuklearnego z Europą, licząc na podział w obozie zachodnim, z drugiej – kontynuował agresywną retorykę. Jesienią 2025 omańscy mediatorzy próbowali nakłonić Teheran do ustępstw. W listopadzie pojawiły się sygnały, że Iran potajemnie sonduje możliwość złagodzenia amerykańskich sankcji – prezydent Trump ujawnił wtedy, że otrzymał sygnały z Teheranu o chęci rozmów w zamian za odblokowanie gospodarki. Równocześnie jednak irańskie społeczeństwo zaczęło dawać upust narastającej frustracji. Tuż po świętach Bożego Narodzenia 2025 na ulice Teheranu i innych wielkich miast wyległy tłumy demonstrantów, rozwścieczonych hiperinflacją i załamaniem waluty (rial runął na łeb na szyję w wyniku wojny i sankcji). Protesty gospodarcze szybko przerodziły się w antyreżimowe – ludzie domagali się wolności, końca drożyzny i zejścia ajatollahów ze sceny. Władze odpowiedziały tak, jak wcześniej przy okazji buntów w 2019 czy 2022 roku, używając siły i odcinając społeczeństwo od świata. 8 stycznia 2026 w całym kraju wyłączono internet, pogrążając Iran w cyfrowej ciemności na ponad dwa tygodnie. Mimo to protesty rozlały się nawet na prowincję, co wskazywało na bezprecedensową skalę gniewu wobec rządzących. Sytuacja wewnętrzna Iranu stawała się więc tykającą bombą – gospodarka w ruinie, młode pokolenie na ulicach, elity skłócone po porażce wojennej. Donald Trump nie ukrywał w tych dniach swojego poparcia dla Irańczyków walczących o wolność. „Protestujcie dalej – pomoc jest w drodze” – zwrócił się do nich, zapowiadając pośrednio możliwość wsparcia ze strony USA. Co więcej, amerykański prezydent zaczął jawnie mówić o konieczności „zmiany reżimu” w Teheranie jako jedynej trwałej drogi do pokoju.
Decydujące uderzenie – USA i Izrael miażdżą irańską machinę wojenną
Równolegle z narastaniem niepokojów w Iranie toczyła się ostatnia runda dyplomatycznego tańca. W lutym 2026 – przy mediacji Omanu – doszło do serii pośrednich negocjacji USA-Iran w Genewie. Świat łudził się, że być może uda się uniknąć kolejnej wojny poprzez nowy kompromis. Rzeczywiście, strona irańska zdawała się sygnalizować gotowość do pewnych ustępstw. Tuż przed końcem rozmów Oman ogłosił, że Teheran zgodził się zredukować swoje obecne zapasy wzbogaconego uranu do możliwie najniższego poziomu. Trump jednak pozostawał sceptyczny – wspominając 47 lat gierek i kłamstw Iranu, dawał do zrozumienia, że nie pozwoli się zwieść kolejnym obietnicom bez pokrycia. 27 lutego 2026 prezydent USA stwierdził, że choć preferuje rozwiązania dyplomatyczne, to „wszystkie opcje” wciąż leżą na stole, jeśli Teheran znów będzie grał na czas. Następnego dnia stało się jasne, co miał na myśli. O poranku 28 lutego 2026 Izrael – we współpracy ze Stanami Zjednoczonymi – rozpoczął skoordynowaną operację wojskową wymierzoną w irańskie centra władzy i infrastruktury militarnej. Na Teheran i okolice spadły dziesiątki rakiet oraz bomb lotniczych precyzyjnego rażenia. Jednocześnie uderzono w kluczowe bazy IRGC w kilku miastach – m.in. Isfahanie, Karadżu, Kermanszahu, Kom i Tebrizie – paraliżując irańską obronę i zdolność dowodzenia. Świat ujrzał w telewizji ogromne kłęby dymu nad stolicą Iranu i eksplozje w reżimowych kompleksach władzy. Prezydent Trump ogłosił, że Stany Zjednoczone rozpoczęły „dużą operację bojową” wymierzoną w wyeliminowanie zagrożenia ze strony irańskiego reżimu. Celem było zniszczenie pozostałych elementów programu atomowego i rakietowego, rozbicie sił zbrojnych reżimu, a de facto – doprowadzenie do zmiany władzy w Teheranie. „Ten reżim wkrótce przekona się, że nie powinien był rzucać wyzwania potędze Stanów Zjednoczonych” – oznajmił amerykański prezydent, wysyłając jasny sygnał wsparcia dla zwykłych Irańczyków. Trump wezwał ludność Iranu, by wykorzystała tę dziejową szansę i odebrała swój kraj tyranom – podkreślił, że takie okazje trafiają się raz na całe pokolenia.
Uderzenia izraelsko-amerykańskie okazały się zabójczo skuteczne. Już pierwszego dnia ofensywy wyeliminowano kluczowych przywódców reżimu. Irańska państwowa telewizja w sobotę 28 lutego późnym wieczorem potwierdziła, że w wyniku nalotów zginął Najwyższy Przywódca Ali Chamenei, który od 36 lat rządził krajem żelazną ręką. Śmierć 86-letniego Chameneiego – architekta teokratycznej dyktatury – wywołała polityczne trzęsienie ziemi w Teheranie. Zginęli także inni czołowi przedstawiciele irańskiego aparatu bezpieczeństwa, w tym m.in. Ali Szamchani, sekretarz Rady Bezpieczeństwa, oraz generał Mohammad Pakpur, dowódca wojsk lądowych IRGC. Reżim został de facto pozbawiony głowy, a na szczytach władzy zapanował chaos. Chamenei nie miał oczywistego następcy, więc rozpoczęła się niebezpieczna próżnia przywódcza. Choć nowy prezydent Iranu, Masud Pezeszkian, deklarował chęć kontynuowania rządów twardej ręki, jego autorytet jest obecnie bardzo wątły. W momencie gdy runęła aura nietykalności Najwyższego Przywódcy, dla wielu Irańczyków stało się jasne, że to początek końca dyktatury.
O śmierci 86-letniego dyktatora – rządzącego krajem od 1989 roku – mówiło się od wielu godzin, lecz tym razem potwierdziła ją nawet irańska Najwyższa Rada Bezpieczeństwa Narodowego, obwiniając „wspólną agresję USA i syjonistów” za wyeliminowanie Chameneiego. W Teheranie rozpoczęła się gorączkowa walka o sukcesję. Rychło ogłoszono utworzenie tymczasowej Rady Przywódczej, która miała przejąć stery państwa. Jednak reżim nie złożył broni – jego rakiety natychmiast poszybowały w kierunku Izraela oraz baz amerykańskich w regionie. Irańskie pociski i drony spadły na cele w kilku krajach Zatoki Perskiej: odnotowano eksplozje m.in. w Bahrajnie, Kuwejcie, Katarze, Zjednoczonych Emiratach Arabskich oraz Arabii Saudyjskiej. Ataki dosięgły nawet tak odległych miejsc jak Dubaj i Abu Zabi, gdzie ucierpiały obiekty cywilne. Waszyngton i Jerozolima spodziewały się takiej desperackiej reakcji – w trybie alarmowym uruchomiono systemy antyrakietowe, ewakuowano część baz, a lotnictwo alianckie zaczęło polować na wyrzutnie w Iranie. Mimo to konflikt przybrał rozmiar regionalny: w krajach sąsiadujących z Iranem zapanował chaos komunikacyjny, zamknięto przestrzeń powietrzną nad kilkoma państwami, a ruch lotniczy został poważnie zaburzony. Teheran sięgnął też po szantaż energetyczny, ogłaszając zamknięcie strategicznej cieśniny Ormuz – głównej arterii transportu ropy z Zatoki. Irańskie siły groziły atakami na każdy statek, który spróbuje pokonać ten szlak, co natychmiast podbiło ceny surowców i wywołało globalne obawy o zaopatrzenie w energię.
Nadzieja na wolny Iran i pokój w regionie
Wieść o śmierci Chameneiego i druzgocących ciosach zadanych Strażnikom Rewolucji rozeszła się po Iranie lotem błyskawicy. Reakcje ukazały głębokie podziały w społeczeństwie po dekadach rządów strachu. Z jednej strony, na ulicach Teheranu i Kom zebrali się konserwatywni zwolennicy reżimu, opłakując zabitego przywódcę – wielu w czarnych strojach, ze łzami w oczach. Padały zapowiedzi zemsty na „amerykańsko-syjonistycznych agresorach”. Strażnicy Rewolucji grozili „najbardziej niszczycielską operacją odwetową” wymierzoną w bazy USA i Izraela. Jednak w innych częściach kraju i w diasporze irańskiej zapanowała euforia. Tysiące zwykłych Irańczyków świętowało upadek znienawidzonego tyrana – w Karaj pod Teheranem i w Izeh ludzie tańczyli na ulicach, wznosząc okrzyki radości. W mieście Dehloran obalono pomnik Ruhollaha Chomeiniego – założyciela islamskiego reżimu – ku aplauzowi zgromadzonych tłumów. „Czy ja śnię? Witaj, nowy świecie!” – krzyczał mężczyzna na jednym z nagrań, gdy płonęły symbole starej władzy. Pod domami poległych w protestach antyrządowych zapłonęły świece, ale tym razem były to ognie nadziei – że ich ofiara nie poszła na marne. „Łzy leciały mi z radości i niedowierzania” – mówiła 33-letnia mieszkanka Isfahanu, która wraz z sąsiadami wyszła na ulice, wierząc, że to początek wolnego Iranu. Wielu Irańczyków prywatnie przyznaje, że od dawna modlili się o taki finał – kres rządów ajatollahów. Jednocześnie pojawiły się obawy, co dalej? Część społeczeństwa pamięta los Iraku po obaleniu Saddama Husajna i boi się chaosu. Jednak determinacja wolnego świata, by nie powtórzyć błędów z przeszłości, jest dziś większa niż kiedykolwiek.
Koalicja Stanów Zjednoczonych i Izraela w działaniach przeciw Iranowi cieszy się poparciem wielu krajów, świadomych, że islamska republika od lat była źródłem przemocy i destabilizacji. Były amerykański prezydent Ronald Reagan zwykł nazywać ZSRR „Imperium Zła” – dziś to określenie jak ulał pasuje do reżimu irańskiego. Donald Trump już wcześniej udowodnił, że nie zawaha się przed zdecydowanymi krokami – to przecież on wydał w 2020 r. rozkaz eliminacji generała Kasema Sulejmaniego, odpowiedzialnego za tajne operacje terrorystyczne Iranu. Teraz Trump i izraelski premier zdecydowali się na historyczny krok – rozbrojenie i obalenie teokratycznej dyktatury, która gnębiła własny naród i zagrażała pokojowi światowemu. Choć operacja militarna wciąż trwa i niesie niewiadome, jedno jest pewne: świat odetchnął z ulgą, widząc koniec epoki irańskich ajatollahów. Nawet dawni krytycy przyznają, że twarda polityka Waszyngtonu i Jerozolimy przyniosła rezultaty, których nie dało osiągnąć się latami ustępstw. Irański reżim okazał słabość w starciu z determinacją wolnego świata – a przede wszystkim z odwagą własnego narodu, który powiedział „dość”.
Świat stanął w obliczu najpoważniejszego kryzysu bezpieczeństwa na Bliskim Wschodzie od dekad. Jednak odpowiedzialność za tę dramatyczną eskalację spada na irański reżim, który przez lata igrał z ogniem – sponsorując terroryzm, łamiąc zobowiązania nuklearne i brutalnie tłamsząc własnych obywateli. Przed Iranem otwiera się teraz szansa na nowe rozdanie: demokratyczne rządy, pokój ze światem i koniec sponsorowania terroryzmu. To, co wydawało się niemożliwe, staje się faktem na naszych oczach. Męstwo Irańczyków połączone z siłą amerykańsko-izraelskiej interwencji daje nadzieję, że Bliski Wschód stanie się bezpieczniejszy, a Irańczycy wreszcie będą mogli żyć w wolnym, normalnym kraju. Historia uczy, że z tyranią nie można iść na kompromisy – trzeba się jej przeciwstawić. Dziś wolny świat pokazał jedność i zdecydowanie, zatrzymując największego sponsora terroru i dając szansę na pokój. Irańska saga jeszcze się nie skończyła, ale jedno jest pewne, świt wolności nad Tehranem właśnie nastał.
Źródło: CFR Conflict Tracker, Al Jazeera, Reuters, Portal Telewizji Republika
Dziękujemy, że przeczytałaś/eś nasz artykuł do końca.
Bądź na bieżąco! Obserwuj nas w Wiadomościach Google.
Jesteśmy na Youtube: Bądź z nami na Youtube
Jesteśmy na Facebooku: Bądź z nami na FB
Jesteśmy na platformie X: Bądź z nami na X
Polecamy Wysokie Napięcie
Wiadomości
Najnowsze
Przyczyny i rozwój konfliktu w Iranie – jak reżim w Teheranie doprowadził do wojny?
Rząd chce zadłużyć Polskę na dekady. „To emocjonalny szantaż”
Pierwsza Dama wzięła udział w biegu Tropem Wilczym. „Historia nigdy nie zostanie zapomniana”