Jeśli Tusk może podnieść rękę na prezydenta, to co dopiero na mnie?
Są takie teksty, do których po latach wraca się z niepokojem. Nie dlatego, że były literacko doskonałe, ale dlatego, że zawarte w nich ostrzeżenia zaczynają nabierać zupełnie nowego znaczenia.
W 2022 roku jeden z publicystów pisał o Donaldzie Tusku, posługując się metaforą pierścienia władzy z „Władcy Pierścieni”. Przestrzegał przed polityką odwetu, bezwzględnością i ambicją, która nie uznaje granic. Można było wówczas uznać te słowa za przesadę, polityczną polemikę, czarny scenariusz pisany przez przeciwnika ówczesnej opozycji. Dziś, patrząc na wydarzenia wokół Trybunału Konstytucyjnego, trudno nie przypomnieć sobie tamtych ostrzeżeń.
Telewizja Republika pokazuje ludzi, którzy mimo późnej pory pozostają pod gmachem TK. Nie odchodzą. Obserwują. Niepokoją się. Jedna z komentatorek z Ameryki wypowiada zdanie, które powinno wybrzmieć znacznie szerzej:
Ludzie się boją. Jeśli Tusk może podnieść rękę na prezydenta, to co dopiero na mnie?
To nie jest już tylko pytanie o polityczny konflikt. To pytanie o granice władzy, o bezpieczeństwo obywatela i o to, czy państwo nadal jest wspólnym dobrem, czy staje się narzędziem politycznej dominacji.
W tym konflikcie jest jeszcze jeden wymiar, którego nie można pomijać: Karol Nawrocki i jego prezydentura. Donald Tusk od początku politycznej drogi Nawrockiego do Pałacu Prezydenckiego nie ukrywał, że jego zwycięstwo nie jest scenariuszem, którego oczekiwał. W czasie kampanii wyborczej Nawrocki rywalizował z Rafałem Trzaskowskim, kandydatem wspieranym przez obóz rządzący i politycznym faworytem premiera. Wtedy rozpoczęła się ostra konfrontacja, w której przeciwnik polityczny stał się przedmiotem nieustannej krytyki i prób podważania jego wiarygodności. Wybory jednak rozstrzygnęli obywatele. Karol Nawrocki został prezydentem i to właśnie ten fakt powinien być dla wszystkich politycznych uczestników sporu punktem wyjścia.
Prezydent nie jest partyjnym urzędnikiem premiera. Nie jest też politykiem, którego można traktować jak przeszkodę do usunięcia tylko dlatego, że nie realizuje oczekiwań rządu. Można z nim polemizować, można krytykować jego decyzje, można nie zgadzać się z jego polityczną wizją. Ale próba systematycznego osłabiania autorytetu głowy państwa, jeśli staje się stałym elementem politycznej strategii, nie służy stabilności państwa.
Warto też zwrócić uwagę na okoliczności obecnego sporu: działania wokół Trybunału Konstytucyjnego podjęto podczas nieobecności prezydenta, który wybrał się z wizytą do Senegalu. Czy termin tych działań był przypadkowy? To pytanie, na które rząd powinien odpowiedzieć, zamiast sprowadzać całą sprawę do kolejnej politycznej przepychanki. Trudno jednak nie dostrzec politycznej symboliki sytuacji, w której konflikt z prezydentem narasta, a poważne działania wokół jednej z najważniejszych instytucji państwa podejmowane są wtedy, gdy głowy państwa nie ma w kraju. Nie trzeba przypisywać nikomu ukrytych intencji, by dostrzec, jak poważne konsekwencje dla zaufania obywateli może mieć taka sekwencja wydarzeń.
Największy dramat zaczyna się wtedy, gdy człowiek przestaje ufać instytucjom, które powinny go chronić. Trybunał Konstytucyjny, prezydent, policja, sądy – to nie są własności żadnej partii, żadnego premiera ani żadnego politycznego obozu. To elementy państwa, które powinno trwać dłużej niż kadencje kolejnych rządów. Można spierać się o legalność decyzji, można mieć odmienne oceny działań instytucji, można domagać się zmian i rozliczeń. Ale nie wolno doprowadzić do sytuacji, w której prawo zaczyna być postrzegane jako instrument politycznej walki, a obywatel zastanawia się, czy jutro podobna demonstracja siły nie zostanie skierowana przeciwko niemu.
Właśnie dlatego tak niepokojące są obrazy ludzi czuwających nocą pod Trybunałem. Nie trzeba podzielać wszystkich ich poglądów, by zrozumieć, że strach przed arbitralnością władzy jest czymś, czego w demokratycznym państwie nie wolno lekceważyć. Jest też zasadnicza różnica między zwycięstwem wyborczym a prawem do nieograniczonego sprawowania władzy.
Donald Tusk wygrał wybory parlamentarne, Karol Nawrocki wygrał wybory prezydenckie. Oba mandaty pochodzą od obywateli. Żaden nie unieważnia drugiego. Jeśli premier traktuje prezydenturę jako przeszkodę, którą należy politycznie zneutralizować, a nie konstytucyjny urząd, z którym trzeba współpracować nawet w warunkach ostrego sporu, konsekwencje poniesie całe państwo.
Pierścień władzy z tolkienowskiej opowieści miał swoją cenę. Zawsze niszczył tych, którzy uwierzyli, że mogą go nosić bez konsekwencji. W polityce również istnieje taka pokusa: przekonanie, że skoro zdobyło się władzę, można przesuwać granice, redefiniować zasady i traktować sprzeciw jako przeszkodę, którą należy usunąć. Ale Polska nie jest prywatnym folwarkiem zwycięzców wyborów. Demokracja nie polega na tym, że jedni mogą wszystko, a drudzy mają milczeć i czekać na swoją kolej.
Noc pod Trybunałem Konstytucyjnym jest więc czymś więcej niż kolejnym epizodem politycznej awantury. Jest obrazem głębokiego kryzysu zaufania. A najważniejsze pytanie nie brzmi dziś, kto wygra kolejny polityczny pojedynek. Brzmi: czy prezydent może wykonywać swój konstytucyjny mandat bez politycznej presji, a zwykły obywatel może jeszcze czuć się bezpiecznie we własnym państwie? Jeśli coraz więcej ludzi zaczyna mieć wątpliwości, mamy problem znacznie poważniejszy niż spór o Trybunał. Mamy problem z samymi fundamentami państwa.
Źródło: Republika
Dziękujemy, że przeczytałaś/eś nasz artykuł do końca.
Bądź na bieżąco! Obserwuj nas w Wiadomościach Google.
Jesteśmy na Youtube: Bądź z nami na Youtube
Jesteśmy na Facebooku: Bądź z nami na FB
Jesteśmy na platformie X: Bądź z nami na X